Radiacja

Płoną na horyzoncie skłębione obłoki
od nuklearnego żaru.
Dopada mnie huraganowy wiatr (przeszywających na wskroś) energetycznych cząstek.
Każdym nerwem, każdą komórką mojego ciała
targa przedśmiertny ból,
jakby mnie jednocześnie nakłuwano miliardami igieł
w niebieskawym potoku
ostrej –
kobaltowej lampy.

Skrzą się drobinki kurzu i przechodzą bardzo powoli przez świetlistą smugę,
co pada z ukosa.
W powietrzu, pełnym mdlącego zapachu i elektrostatycznych spięć,
coś jeszcze wciąż żyje, mimo że już nie dostrzega odbić w metalu, ponieważ lśnią –
martwo.

Nikt

To jest dziwny świat, do którego idę,
w którym jestem.
Moje i tak zagmatwane myśli –
ulegają wciąż metamorfozie, nie poddając się jakiemukolwiek zdefiniowaniu.

Tutaj światło (w nieprawdopodobnej ciszy) przenika szyby,
kładąc się długimi smugami na drewnianym parkiecie.
I migoczą słoneczne refleksy na ścianach
pustego domu,
bądź na białych drzwiach – zamkniętych przez wieczność.

Gdzie tylko spojrzeć – milczenie rzeczy,
głucha obcość przedmiotów.
Szumi mi w uszach i dzwoni, jak u człowieka, którego toczy gorączka,
kiedy stąpam w tym bezgłosie, wyszydzany przez wszystko.
I kiedy wszystko przenikam, wcale nie dotykając ziemi. Kiedy na zewnątrz drżą liście
topoli.

***

https://numina.bandcamp.com/track/the-visitor

Jadąc do nikogo

Wskakuję w biegu do odjeżdżającego, pustego już tramwaju, który zgrzyta kołami
i nabiera z ostrym szarpnięciem rozpędu.
Ściekają mi po karku i skroniach
krople zimnego potu.
I tak jak ptak uderza skrzydłami o ściany więzienia,
tak kurczą się boleśnie i rozkurczają
przedsionki
i komory
mojego serca.

Drga i migocze jaskrawe słońce pomiędzy topolami
i jarzy się w samych topolach.
Opieram się czołem o szybę – zahipnotyzowany tym przesuwaniem –
i nie mogąc oderwać oczu od tych przebłysków
natury,
tracę nagle przytomność z powodu efektu stroboskopu…

Odzyskuję świadomość nie wiadomo, po jakim czasie, leżąc na podłodze
z krwawiącym nosem i pianą
na ustach.
Ciągną się po bokach metalowe stelaże pod oparciami pustych siedzeń.
Światło zachodzącego słońca wpada teraz przez okna, tworząc na niej ukośne, pomarańczowe
prostokąty.
Wyciągam powoli osłabioną rękę –
ku temu lśnieniu,
mimo iż wiem, że nie jestem w stanie go dosięgnąć.

Eniwetok

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

I

Uderzają mnie w twarz jaskrawe prześwity słońca, które wytryskują spomiędzy
kołyszących się, palmowych liści.
Drgają i migoczą, tworząc efekt stroboskopu.

(Musiałem chyba dostać ataku epilepsji,
ponieważ odzyskuję dopiero teraz przytomność, ale w zupełnie innym miejscu
i czasie)

Jednak po chwili ruszam przed siebie, idąc po rozgrzanej plaży.
Marszczy się łagodnie zielonkawa tafla laguny.
Jest tak przejrzysta, że widać każdy szczegół, każdą muszlę
i każdy –
wygładzony w niej kamień.

Nie wiem, jak długo idę. Słyszę tylko szum oceanu, który nie jest wcale głośniejszy
od mojego oddechu
i w którym jarzy się jakiś daleki odblask natury.
Nie wiem jak długo idę, ale dostrzegam coraz więcej.
Otwiera się nade mną głęboki błękit, którego nie mąci nawet przepływ
obłoku…

II

Widzę przed sobą pochylone, osmalone konstrukcje
z betonu i stali.
Gąsienice jakiegoś ciężkiego pojazdu odcisnęły swój ślad przed dziesięcioleciami,
który zdążył już skamienieć w stopionym niegdyś nuklearnym żarem
piasku.

Mijam żelbetonowe bunkry z pionowymi, rdzawymi smugami na ścianach
i setki manekinów, wrzuconych do wielkiego basenu
bez wody.
Dziwnie zdeformowane postacie w nadpalonych ubraniach –
wyciągają rozpaczliwie ręce i spoglądają na mnie pustymi, czarnymi oczodołami.
Spoglądają tak,
jak może tylko patrzeć tłum – bezdomnych
ślepców.

Coś błyszczy w oddaleniu, jakby kawałek szkła, na który pada słoneczny promień.
Widzę moją żonę i moją małą córeczkę,
jak bawią się na plaży w berka. Słyszę ich radosne śmiechy
i krzyki.
Kiedy spoglądają na mnie – stają w milczeniu.
– Poważnieją.

I mimo iż wiem, że to na nic, to przyśpieszam kroku. Biegnę do nich, wykrzykując ich imiona
na cały głos!
Lecz, zanim do nich dobiegam – rozpływają się, znikają, jakby we mgle,
wtapiając się w coraz bardziej nieostre tło.
I pozostawiają po sobie pustkę, tę właśnie pustkę, którą rozsadza od wewnątrz –
ciągły pisk w moich uszach,
zmieszany z hukiem załamujących się fal.

***

Eniwetok – pacyficzny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1948–1958 był wykorzystywany przez Stany Zjednoczone, jako poligon do testowania broni jądrowej.

***

https://seifertsteinbuechel.bandcamp.com/track/timelapse

Bikini

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Migot jaskrawych prześwitów na mojej spalonej twarzy.
Chwieją się w łagodnym wietrze
liście kokosu.
Wychodzę z cienistej smugi, wprost pod kobaltowy błękit rozgorzałego słońcem
nieba,
wtapiając się w rozkołysany, oceaniczny nurt.

Liżą moje złączone dłonie białe języki spienionych fal,
kiedy pochylam się nad nimi – jak do modlitwy.
I obmywają mnie w taki sposób,
abym uwierzył w to tajemne, oczyszczające
misterium,
które można odczuć wyłącznie w całkowitej samotni
na skraju świata.

I mimo tego, iż wiem, że to kłamstwo, to zanurzam się powoli w odmęt,
czując pod stopami aksamitny piasek i zawadzając o resztki
zakopanych w nim, zardzewiałych wraków.
I nabieram do płuc mikroskopijne, promieniotwórcze
ziarenka,
które od dziesiątków lat zmieniają ryby w niepodobne do samych siebie,
pełne blasku
– groteskowe formy.

***

Bikini – oceaniczny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1946-1958 Stany Zjednoczone prowadziły na nim doświadczenia z bronią jądrową.

Moogologia

Z początku gładki. Później, w miarę trwania –
coraz bardziej rozwibrowany.
Pojedynczy dźwięk przeciąga się niemal w nieskończoność, drżący
i ostry.
Następują kolejne. Łączą się
i rozchodzą…

Pędzą wprost na siebie, ale nie zderzają się, tylko krzyżują.
Zataczają koła,
a potem – nacierają ciężką, organową nawałą,
tak jak naciera na piaszczysty brzeg
wzburzona fala.

Wciąż rozchodzi się echo, zagłuszając jedynie
chwilowy spokój.
I znowu nabierają rozpędu skomplikowane pasaże. W górę i w dół,
w górę i…

Zwalniają, wpadając w nostalgiczną barwę,
by w powolnym prologu pędu mógł się wznieść – niczym kosmiczny pocisk,
tylko jeden jedyny ton, ale za to jakże krystaliczny i lśniący – tym lśnieniem –
wschodzącej Wenus.

***

https://skrzek.bandcamp.com/track/spok-j

Malden

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Nie słyszę krzyku ptaków.
Zagłuszane przez powtarzający się w regularnych odstępach czasu huk nacierających fal, szybują bezgłośnie.
Gnana przez wiatr błękitna, poznaczona spienionymi kreskami
nawała –
spiętrza się na brzegu. Obmywa moje stopy
i dłonie.
I znowu się cofa, odsłaniając lśniące w słońcu muszle,
kamienie.

Wpatruję się przez palce w ten jaskrawy migot tuż przy mnie i w to drżące oddalenie.
Gdzieś tam – wszystko się ze sobą łączy,
wszystko jest nie do odróżnienia. I wszystko wydaje się być uśpione
snem wiekuistym.
W każdej porzuconej rzeczy zastygła tajemnica,
w każdym opuszczonym miejscu.
Nawet w powolnym przepływie obłoków zawarta jest jakaś niejasna forma przekazu,
w rozchwianych,
nielicznych kępach trawy…

Muskam palcami naznaczone nuklearnym żarem
resztki megalitycznych budowli.
Jeszcze do tej pory czuję na całym swoim ciele –
przeszywające ukłucia promieniowania, jakby mnie nakłuwano
miliardami igieł.
Jeszcze do tej pory czuję potworny strach
przed wschodzącym słońcem,
bojąc się, że wzejdzie tak, jak przed dziesięcioleciami, spopielając całą ziemię, wygotowując
ocean,
rozpalając niebo.

***

Malden – niewielka, bezludna wyspa w archipelagu Line Islands, na środkowym Pacyfiku, wchodząca obecnie w skład Republiki Kiribati. W latach 50-tych Wielka Brytania przeprowadzała na niej (oraz na sąsiedniej wyspie Kiritimati) testy z bronią termojądrową w ramach operacji Grapple. Na wyspie tej znajdują się również ruiny tajemniczych megalitycznych budowli sprzed około tysiąca lat.

Tło ze światłocieni

Gdzie ja jestem? –
gdzieś, gdzie nie ma czasu, gdzie bez-czas może przybrać jedyną formę
bez pamięci.
Gdzieś, gdzie głęboki, kobaltowy błękit
nieba
przecina drżący, jaskrawy poblask martwego słońca.

Coś się przesuwa w oddali, coś, co nie istnieje
albo istnieje,
tylko kłębi się w niewidzeniu.
Gdzie ja jestem? – przyszedłem ni stąd, ni stamtąd. Donikąd idę.
Nie pamiętam nic ze snu, nie pamiętam niczego z życia.
Gdzie ja jestem? –
jakbym dopiero przejrzał po latach, tak jak przegląda ślepiec.

Przybyłem za późno, ponieważ przede mną i za mną – nie ma konturów rzeczy.
Zostało tło
ze światłocieni.

Mururoa

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Spieniona nawała naciera na ląd. Błysk słońca prześlizguje się po wygładzonych kamieniach
i zsuwa się w odmęt zarys białego obłoku.
Wiatr na mojej twarzy, w rozwianych włosach,
intensywny zapach soli…
Nieskończone falowanie zatraca się gdzieś w kobaltowym błękicie nieba.
To wszystko – zamyka się we mnie,
tworząc jakąś nową rzeczywistość, jakieś nowe widzenie
w migocie
jaskrawych refleksów.

Za mną – krajobraz skurczył się i poszarzał. Jeszcze do tej pory można wyczuć ten ruch cząstek,
to wirowanie atomów, których blask tak bardzo oślepiał i palił,
wwiercał się do mózgu.
Do tej pory czuję ten ból, natrafiając niespodziewanie na dawny ślad
swojego dawnego – ja.

Mieszają się epoki, przeskakują daty. Gładzę palcami
kontury zdeformowanych przedmiotów,
popękane ściany betonowych bunkrów z rdzawymi, pionowymi smugami. Mozaikę
ciemno-brunatnych bąbli – utworzoną przed dziesięcioleciami
przez potworny żar
nuklearnego rozszczepienia.

Zakrywam instynktownie uszy, lecz nic –
to tylko narasta huk pędzących fal,
które załamują się na opuszczonym, nasiąkniętym radiacją nabrzeżu.
Wszystko umarło,
zapadło w sen wiekuisty. Stało się przystanią dla duchów
przemieszczających się w dziwnej substancji czasu. Więc i ja – nie mogę być żywy.
Od dawna –
nie jestem żywy.

***

Mururoa – atol koralowy, znajdujący się w archipelagu Taumotu, który wchodzi w skład Polinezji Francuskiej, na południowym Pacyfiku. W latach 1966-1996 Francja przeprowadzała na nim testy z bronią jądrową.

Canopus

Otwarta przestrzeń. Głębokie
niebo.
Przytłacza mnie ten kobaltowy błękit bez najmniejszej obłocznej skazy.
Huk oceanu
tak regularny, – że można odmierzać czas. Przypływy i odpływy –
ogromne wahadło.
Przypływy i odpływy – spieniona nawała,
co nanosi na piaszczysty brzeg okruchy podwodnego sanktuarium. Przypływy i odpływy – wiatr
o zapachu soli.

Światło słońca ostrzy się na krawędziach palmowych liści
tuż obok.
I niczym odnóża ameb wyrastają wciąż nowe refleksy
w niedalekim widzeniu laguny.
W dalekim –
wszystko jest zbyt rozedrgane. Wszystko następuje w zbyt krótkich odstępach czasu.
Wszystkiego –
zbyt wielka nietrwałość.

Spierzchnięte usta, jak u człowieka, którego trawi nieustanna gorączka.
Krople potu spływają po karku
i skroniach.
Gdzieś na horyzoncie trwa nieustanna batalia
o prymat.
Jaskrawe blaski acetylenu padają na zakryte spawalniczymi maskami twarze,
iskrząc się w czarnych,
nieprzeniknionych szybkach okularów. Coś wyrasta powoli ku niebu, jakby chciało –
dosięgnąć
odległej gwiazdy.

W rozkopanej ziemi ślady ciężkich,
gąsienicowych pojazdów –
ciągną się kilometrami, zataczają koła, jakby przepełzły tędy – przed milionem lat –
gigantyczne, pradawne jaszczury
czy węże.
Coraz bardziej konkretyzują się zarysy dziwnych konstrukcji
z betonu i stali.

Przypływy i odpływy –
wiatr o zapachu soli osusza spocone czoło. Przypływy i odpływy – wszystko zamarło,
tak jak wszystko zamiera przed zbliżającą się burzą.
Słychać tylko huk oceanu
tak regularny, – że można odmierzać czas. Przypływy i odpływy –
gigantyczne wahadło.
Przypływy i odpływy – spieniona nawała,
co nanosi na piaszczysty brzeg okruchy podwodnego sanktuarium. Przypływy i odpływy –
mijają sekundy…

…naraz –
wschodzi drugie słońce!
– O blasku tak wielkim, że wypala oczy. O blasku tak wielkim, że spala rozwiane jeszcze przed chwilą włosy.
O blasku tak wielkim, że zagotowują się momentalnie wody laguny!
I grzmot, który zagłusza wszystko,
aż świat się kołysze, pomimo swojego ciężaru. – Aż kołysze się cała ziemia!

W głębokim niebie – początkowy blask,
przewyższający miliardy razy jasność elektrycznego łuku –
powoli przygasa.
Choć jeszcze nie można spojrzeć.
Choć jeszcze wwierca się boleśnie do mózgu. Choć jeszcze wszystko wypala i miażdży pędząca we wszystkie strony ognista ściana!…

…złowroga chmura powoli się rozprasza,
pomrukując jeszcze groźnie.
Ginie…
– wraz z nią –
wszystko inne.

***

Canopus – nazwa kodowa pierwszej francuskiej próby termonuklearnej, która miała miejsce 24 sierpnia 1968 roku na atolu koralowym Fangataufa, znajdującym się w archipelagu Taumotu, wchodzącym w skład Polinezji Francuskiej, w południowej części Pacyfiku.