Abandoned place

Opuszczone, samotne domy.
Białe ściany ― naznaczone straszliwym żarem eksplodującego przed dziesięcioleciami
słońca.
Strumienie lodowatego deszczu ściekają ze spadzistych dachów,
bulgocząc z metalicznym pogłosem w blaszanych,
dziurawych rynnach.
W otwartych oknach powiewają jakieś szmaty,
spoza których spoglądają na mnie nieruchome widma
ludzi umarłych
i smutnych za życia.

Pełznę jak wąż w mokrej, wysokiej trawie, pomiędzy zardzewiałymi karoseriami
samochodów.
Jest mi zimno od jesiennego wiatru i leżenia w błotnistej kałuży.
Już dłużej tego nie wytrzymam, tak bardzo mnie boli
spalone ciało.
Unoszę z trudem głowę, unoszę twarz ku jednolicie szaremu niebu.
Krzyczę, kiedy krople lodowatego deszczu
spadają ciężko
na zamknięte powieki.

***

https://cryochamber.bandcamp.com/track/low-down

Miłość

Przebiegaliśmy obok tego drzewa,
którego liście drżały w ostrości prześwitów. I szeptały coś do cienia,
i szeptały wciąż do nas.
Przebiegaliśmy piaszczystą ścieżką obok drewnianego płotu,
którego okrywał ciężkimi gałęziami dojrzały sad.
Przebiegaliśmy z radością w letniej ulewie ― i zaraz po niej,
trzymając się za ręce,
czując ozonową rześkość.

Wiatr rozwiewał ci włosy, a w wietrze ―
las szumiał daleki.
I wszystko szumiało jakoś sennie,
kiedy wybierałaś pestki z pochylonych słoneczników.
Gorąco było i duszno w krzaku dzikiej róży ― o płatkach
ułożonych jak do pocałunków.
W tym niemym świadku bezustannej walki owadzich rojów, pszczelego zagonu w koniczynie
i wokół.

Ogromne słońce nasycało płaszczyznę łąki,
płonęły krawędzie obłoków.
Jarzył się na pomarańczowo perlisty strumień i szemrząc ― znikał w oparach
wilgotnej ziemi.
Wieczór nadchodził, kiedy my ―
omdlewaliśmy wciąż w aptecznej woni wieloziela i kwiatów,
mając zmieszane oddechy, zetknięte dłonie.
I patrzyliśmy na siebie z podziwem poprzez plątaninę łodyg, i patrzyliśmy coraz bardziej ―
jakby poprzez mgłę.

***

https://altusmusic.bandcamp.com/track/the-wanderer

Koniec pewnej epoki

Pamiętam ogromne słońce, co spopielało ziemię, rozsadzało niebo.
Trawa porosła już miejsce, które wtedy ―
nasycane było wielkim blaskiem ognistej aureoli
Nie-świętego.
Wchłaniałem całą tę radioaktywność,
naświetlany niemalże nieskończonym żarem.
I widziałem galopującą w swojej najczystszej jaskrawości
― śmierć
w wykręconej spazmem przestrzeni.

Pomimo upływu czasu,
słyszę wciąż oddalający się pogłos tego nagłego zstąpienia, tego niezwykłego natężenia
zagadkowości.
Zmartwychwstanie to, czy może to dzwon ostateczny
absolutnej pustki
rozsyła wokół jednostajny ton?

Za życia przechodziłem tędy wiele razy
i nadal przechodzę,
nie mając już jednak własnego ciała i nie mając już nawet duszy.
Zatem ―
czym ja jestem? ― Niczym?

Eniwetok

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

I

Uderzają mnie w twarz jaskrawe prześwity słońca, które wytryskują spomiędzy
kołyszących się, palmowych liści.
Drgają i migoczą, tworząc efekt stroboskopu.

(Musiałem chyba dostać ataku epilepsji,
ponieważ odzyskuję dopiero teraz przytomność, ale w zupełnie innym miejscu
i czasie)

Jednak po chwili ruszam przed siebie, idąc po rozgrzanej plaży.
Marszczy się łagodnie zielonkawa tafla laguny.
Jest tak przejrzysta, że widać każdy szczegół, każdą muszlę
i każdy –
wygładzony w niej kamień.

Nie wiem, jak długo idę. Słyszę tylko szum oceanu, który nie jest wcale głośniejszy
od mojego oddechu
i w którym jarzy się jakiś daleki odblask natury.
Nie wiem jak długo idę, ale dostrzegam coraz więcej.
Otwiera się nade mną głęboki błękit, którego nie mąci nawet przepływ
obłoku…

II

Widzę przed sobą pochylone, osmalone konstrukcje
z betonu i stali.
Gąsienice jakiegoś ciężkiego pojazdu odcisnęły swój ślad przed dziesięcioleciami,
który zdążył już skamienieć w stopionym niegdyś nuklearnym żarem
piasku.

Mijam żelbetonowe bunkry z pionowymi, rdzawymi smugami na ścianach
i setki manekinów, wrzuconych do wielkiego basenu
bez wody.
Dziwnie zdeformowane postacie w nadpalonych ubraniach –
wyciągają rozpaczliwie ręce i spoglądają na mnie pustymi, czarnymi oczodołami.
Spoglądają tak,
jak może tylko patrzeć tłum – bezdomnych
ślepców.

Coś błyszczy w oddaleniu, jakby kawałek szkła, na który pada słoneczny promień.
Widzę moją żonę i moją małą córeczkę,
jak bawią się na plaży w berka. Słyszę ich radosne śmiechy
i krzyki.
Kiedy spoglądają na mnie – stają w milczeniu.
– Poważnieją.

I mimo iż wiem, że to na nic, to przyśpieszam kroku. Biegnę do nich, wykrzykując ich imiona
na cały głos!
Lecz, zanim do nich dobiegam – rozpływają się, znikają, jakby we mgle,
wtapiając się w coraz bardziej nieostre tło.
I pozostawiają po sobie pustkę, tę właśnie pustkę, którą rozsadza od wewnątrz –
ciągły pisk w moich uszach,
zmieszany z hukiem załamujących się fal.

***

Eniwetok – pacyficzny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1948–1958 był wykorzystywany przez Stany Zjednoczone, jako poligon do testowania broni jądrowej.

***

https://seifertsteinbuechel.bandcamp.com/track/timelapse

Bikini

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Migot jaskrawych prześwitów na mojej spalonej twarzy.
Chwieją się w łagodnym wietrze
liście kokosu.
Wychodzę z cienistej smugi, wprost pod kobaltowy błękit rozgorzałego słońcem
nieba,
wtapiając się w rozkołysany, oceaniczny nurt.

Liżą moje złączone dłonie białe języki spienionych fal,
kiedy pochylam się nad nimi – jak do modlitwy.
I obmywają mnie w taki sposób,
abym uwierzył w to tajemne, oczyszczające
misterium,
które można odczuć wyłącznie w całkowitej samotni
na skraju świata.

I mimo tego, iż wiem, że to kłamstwo, to zanurzam się powoli w odmęt,
czując pod stopami aksamitny piasek i zawadzając o resztki
zakopanych w nim, zardzewiałych wraków.
I nabieram do płuc mikroskopijne, promieniotwórcze
ziarenka,
które od dziesiątków lat zmieniają ryby w niepodobne do samych siebie,
pełne blasku
– groteskowe formy.

***

Bikini – oceaniczny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1946-1958 Stany Zjednoczone prowadziły na nim doświadczenia z bronią jądrową.

Dwa bukieciki niebieskich fiołków

Idzie pod wieczór, przytłoczony ciężarem śmiertelnej choroby.
Chce się jeszcze napatrzeć na bezchmurne niebo,
na kołyszące się lekko topole.

Idzie do kobiety – wprost ze szpitalnego łóżka,
niemalże spod kobaltowej lampy.
Wszystko mu się plącze: „Czy ją jeszcze zastanę? Co jej mógłbym podarować?”.
– nic nie ma – poza dwoma bukiecikami niebieskich fiołków, kupionych na rogu
u starej kwiaciarki.

Tylko pół roku,
rok.
– nie więcej.

Tyle przebytych dróg i bezdroży,
syberyjskich łagrów…

Wyrwany ze szponów
straszliwej śmierci.
Ze stłumionym na chwilę bólem. Śmiertelnie blady.

Tylko pół roku,
rok.
– nie więcej…

Albo – do końca tego lata.

***

Inspirowane powieścią pt. „Oddział chorych na raka”, Aleksandra Sołżenicyna

Pusty, oświetlony słońcem pokój

badam strukturę ściany starając się wymacać każdy jej szczegół
analizując amplitudę drgań
– jak niewidomy
który uderza delikatnie palcami w najcieńszą membranę
zanurzam rozwartą dłoń w odbitej od szyby – jaskrawej plamie
słońca
drży i migocze świetlisty prostokąt
na środku drewnianej podłogi

w otwartym oknie falują firanki
i ziemia oddycha
wnosząc do środka rozgrzaną woń skoszonej trawy

(od samego początku
występowała we mnie potrzeba rozpoznawania przez dotyk)

nie widzę za wiele –
jedynie ptaki
co odlatują w strzępy krajobrazu
bezgłośnie

zostałem sam

Bliżej niż grubość skrawka papieru, źdźbła trawy

dotykasz ustami moich ust – z taką lekkością i wyczuciem piękna
świat pachnie konwaliami
i słodkawą wonią twoich rozwianych włosów

szepczesz – odpowiadam cicho z uśmiechem
jesteśmy blisko
bliżej niż grubość skrawka papieru
źdźbła trawy

gdzieś tam – wieczorna flotylla obłoków
i milczące ptaki
nad płaszczyznami łąk

ufamy lirycznej materii co nie ma jeszcze w sobie smutku
ani melancholii
w której nieśmiertelne padają słowa

Nadieżda

I

Przemieszczam się, płynę. Przemierzam powoli ogromne przestrzenie. Gdzie okiem sięgnąć, dostrzegam tylko falujące łany złotych zbóż. Zniżam lot i rozsuwam dłońmi, niczym pływak, skrzące się w jaskrawym słońcu ostre kłosy. Zawadzam o te wyrastające z ziemi ziarna przyszłego chleba, czując ich łaskotanie na całym ciele i czując na skroniach powiew letniego wiatru. Jestem zawieszony pomiędzy istnieniem a niebytem, gdzieś pomiędzy jawą a marzeniem sennym. Dotykam te wyimaginowane przedmioty i rzeczy albo je sobie tylko wyobrażam, wcale ich nie dotykając.

Jest jakaś drżąca tajemnica wśród pełgających refleksów szemrzącego strumienia. Wszystko jest zawieszone, jakby w jakiejś gęstej substancji i wszystko porusza się w zwolnionym tempie. Pojedyncze obłoki przesłaniają czasami ogromną tarczę słońca, tworząc pod sobą majestatyczny, cienisty przepływ. Nie słyszę za wiele i słyszę wszystko, co jest zawarte w szepcie przelatujących owadów i co jest zawarte w plusku chłodnej wody tuż przy nadbrzeżnej trawie, kiedy zanurzam w niej swoje stopy, dłonie i całe ciało…

Stoję na wilgotnej od rosy łące. Mgielne obłoki na jej skraju, niczym duchy, suną gdzieś bez celu, donikąd, przybierając rozmaite formy. Czuję, że ogarnia mnie chłód. Dreszcz przechodzi po plecach. – Skąd ta nagła zmiana obrazu? Czyżbym przekroczył niebacznie ową niewidzialną barierę rozdzielającą poszczególne wszechświaty? Jest mi ciężko, zimno i samotnie. Lecz oto słyszę, że ktoś mnie woła z oddali. Słyszę cichy kobiecy płacz. – A więc jest jeszcze ktoś poza mną!

Ruszam przed siebie, zagłębiając się prawie po kolana w błocie. Wyszarpuję się z cichymi mlaśnięciami. Brnę przed siebie, nie wiedząc, co zobaczę i kogo. Ale mimo to brnę dalej, czując kompletną beznadziejność i niemoc. – Co jest dalej? Co takiego ujrzę niebawem? A jeśli jest to tylko ułuda i dalej nie ma już niczego? A jeśli nie ma już nic?

II

Budzik dzwoni od dobrych kilku minut. Lecz dopiero teraz uświadamiam sobie, skąd się bierze ten natarczywy dźwięk, który wdziera się do moich uszu. Jeszcze z zamkniętymi oczami, jak ślepiec, macam dłonią, aby go namierzyć na blacie nocnego stolika. Znajduję. Naciskam nieśpiesznie wystający guzik. Zapada cisza. Natomiast powieki nie dają się wcale tak łatwo otworzyć. Wąska szczelina białego światła wsącza się do mojego mózgu, rozszerzając się stopniowo. Jeszcze chwila. Jeszcze tylko chwila…

Niewyraźne, rozmazane kształty przedmiotów, jakby widziane spoza mgły, wyostrzają się i konkretyzują. Za oknem przesuwają się powoli jesienne chmury i słychać tylko ciche uderzenia drobnego deszczu o blaszany parapet. Boli mnie z tyłu głowa. Nie mam siły na nic. Leżę jeszcze przez chwilę…przez chwilę…

Odgarniam kołdrę. Siadam na krawędzi łóżka. Ból z tyłu głowy staje się nie do zniesienia. Rozglądam się za aspiryną. Dostrzegam ją na stoliku, obok nocnej lampki. Połknięte dwie tabletki popijam kilkoma łykami wody mineralnej z opróżnionej do połowy butelki, którą znajduję na podłodze pomiędzy łóżkiem a stolikiem. W powietrzu czuć wyraźnie nieprzyjemną woń alkoholu i wymiocin. Łapię się za potylicę, opierając się łokciami o kolana. Czekam na jakąkolwiek ulgę, zgięty w pół jak znak zapytania. Myślę o tym powracającym wciąż śnie. O tym wołaniu z oddali i tym cichym kobiecym płaczu. Czyżby ktoś chciał mi coś przekazać? – Czego ode mnie chcesz zjawo? Co chcesz mi takiego ważnego przekazać? Nie rozumiem. Nic nie rozumiem…i niech tylko przestanie boleć…niech przestanie…

Podnoszę się z wysiłkiem i omal nie lecę na twarz. Utrzymuję ostatecznie równowagę, mimo że nogi mam jak z waty. Stoję przez moment przy nocnym stoliku, opierając się jedną ręką o jego blat. Odpycham się delikatnie i podchodzę do okna wsparłszy się łokciami o parapet. Chwiejące się w chłodzie jesieni topole nie mają już prawie liści. Za to te, które jeszcze nie opadły mają żółto-rdzawy kolor. I trzęsą się przy tym, i drgają, i machają mi jakby na pożegnanie. Opieram się czołem o szybę i czekam aż ból ustąpi całkowicie. Przymykam szczypiące, załzawione oczy.

Wytrąca mnie z letargu szum przejeżdżającego po mokrym asfalcie samochodu. Jakiś starszy człowiek z małym pieskiem idzie wolno poboczem drogi. Poza tym nikogo i nic, tylko chłód, deszcz i szarość pochmurnego poranka. Krakanie kilku wron, które przysiadły na pobliskim drzewie, roznosi się echem. Poruszają się niespokojnie. Zrywają się nagle i odlatują. Absolutna cisza sprawia, że słyszę teraz wyraźnie szum w moich uszach, pomieszany z cichym piskiem, jak u człowieka, którego toczy bezustanna gorączka.

Ból ustaje na, tyle, że odwracam się i spoglądam na blat stołu, na którym leży pożółkła, podniszczona koperta. Nie mam odwagi jej otworzyć. To wszystko jest takie nierealne i sam już nie wiem czy aby na pewno obudziłem się do końca, czy to nie jest dalszy ciąg rozgorączkowanego, męczącego snu. Gładzę ją delikatnie palcami, następnie biorę w dłoń i uważnie oglądam w szarym świetle dnia. Obmacuję, wącham. Wchłaniam każdy atom jej jestestwa. Jest zaadresowana do mnie, ale nie ma na niej nadawcy. Jedynie znaczek pocztowy zdradza miejsce pochodzenia. Na tle dalekiego wzgórza, drzew i fragmentu jakiejś zatoki o niezmąconej niczym tafli wody, stoi podparty pod lewy bok kilkunastoletni pionier. Ma na sobie białą czapkę, białą koszulę i krótkie, granatowe spodnie do kolan. Pod szyją ma uwiązaną czerwoną chustę, a prawą dłonią, która jest lekko zgięta w łokciu, podtrzymuje przytkniętą do ust uniesionej wysoko twarzy lśniącą w słońcu złotą trąbkę z przyczepionym doń czerwonym proporcem z frędzlami. W prawym górnym rogu napisano po rosyjsku: „Poczta CCCP 1954”. W prawym dolnym: „10 kop”. W tym samym rogu widać również fragment czarnego stempla pocztowego, jednak zbyt nikłego i zatartego, aby można go było rozszyfrować. Przechodzi mi po plecach dreszcz. Wygląda na to, że ten list przybył niespodziewanie z głębin czasu. Pchnięty jakąś niewytłumaczalną siłą, przedarł się przez dziesięciolecia epok, aż do teraz. Do mnie? Czy może raczej do mojego kolejnego wcielenia – od kogoś już dawno umarłego? Drżącymi palcami wyciągam złożony na czworo list. Rozkładam powoli ten podziurawiony i poplamiony w niektórych miejscach, zapisany cyrylicą delikatny papier. Zaczynam czytać, mimo pozacieranych niektórych liter:

„Najdroż.zy!

Upłynęło już tyle l..t, odkąd widziałam cię po raz osta..ni. Pamiętasz jak przechadzaliśmy się wzdłuż Newy, w której srebrzyła się owa biała noc? Opowiadałeś mi z uśmiechem przeróżne zabawne historie. By..am szczęśliwa, czując w so..ie takie ciepło, pomi..o przej..ującego zimna. Nie sądziłam, że spotka mnie w życiu jeszcze coś tak cudow..ego. Była to dla mnie sytuacja nowa i zarazem trudna. I może właśnie, dlatego doceniałam wartość tego uczucia. Sprawiłeś, że wiedziałam, czego potrzebuję i pragnę. Bez ciebie nie istniałam, nie żyłam. Przy tobie odnalazłam prawdziwy sens istnienia. To jest nie do uwierzenia, ale nie zauważyliśmy nawet, kiedy przeszliśmy cały Prospekt Newski, który ma przecież kilka kilometrów. Nie dostrzegaliśmy wtedy pełni księżyca, ani nie czuliśmy chłodnego powiewu bryzy. Wydawało się, że wszystko wokół całkowicie zamarło. Wszystko wokół stało się milczeniem. Zmęczeni usiedliśmy w końcu na ławce nad kanałem Gribojedowa, obok mostu Bankowego. Położyłeś mi wtedy głowę na kolanach, a ja, nachyliłam się nad tobą, okrywając twoją twarz swoimi długimi włosami. Zapomnieliśmy o całym świecie, porwani falą uniesienia, szczęścia i pożądania. Topiłeś w moich oczach rozgorzałe spojrzenie. To wtedy, spoglądając w górę, sięgnąłeś poza siebie. Ogarnąłeś moją kibić splótłszy ręce na moich plecach. Rodziły się na naszych ustach słowa namiętne i wymowne. Zawarliśmy wtedy na tej ławce cały nasz świat. Minęło już tyle lat, Włodku. Mimo że straciłam już niemal całą nadzieję, że cię jeszcze kiedyś zobaczę, to wciąż na ciebie czekam…pamiętaj o tym…

Twoja na zawsze, Nadieżda
Leningrad, 18 września, 1954 roku”

Robi mi się słabo, a ból w potylicy znowu zaczyna narastać, ale nie mogę przerwać procesu, nie mogę…

Idę chwiejnym krokiem do łazienki. Rozbieram się i wchodzę pod prysznic. Namydlam się. Spłukuję resztki piany. Opieram się jedną ręką o kafelki i opuszczam głowę. Znowu dopada mnie fala potwornego bólu, jakby mnie ktoś ściskał rozpalonymi do czerwoności obcęgami. Znowu walczę, przygryzając wargi i wydając z siebie stłumiony jęk bezsilności.

Powoli, bardzo powoli wszystko ustępuje. Odzyskuję świadomość i znowu czuję tylko strumienie ciepłej wody na swoim ciele.

Staję przed lustrem i spoglądam na starego, zarośniętego człowieka, którego tylko na chwilę opuściły straszliwe męki. Opierając się o brzegi umywalki, widzę z bliska pooraną bolesnymi bruzdami twarz. Odkręcam kurek z zimną wodą. Nabieram ją w dłonie, ochlapując się dla otrzeźwienia. Spoglądam ponownie w lustro i widzę jak krople wody skapują z brody i wąsów.

Biorę nożyczki i zaczynam obcinać zarost. Przycinam go tuż przy samej skórze. Kończę. Nabieram powoli piankę do golenia z małej aluminiowej miseczki. Nakładam ją okrężnymi ruchami na uprzednio zmoczoną twarz pędzlem z końskiego włosia. Biorę żyletkę i wkładam ją do maszynki, dokręcając uchwyt. Przyciskam ją i pociągam w dół, pozostawiając w białej piance paski odkrytej skóry. Robię to tak długo, aż twarz staje się gładka w dotyku. Wycieram ją papierowym ręcznikiem i dezynfekuję wodą kolońską. Czuję jak szczypie. W powietrzu unosi się zapach świeżości i łagodnego zapachu.

W przedpokoju pastuję do połysku czarne półbuty. Zapinam ostatnie guziki białej koszuli. Spinam mankiety. Wiążę krawat. Zakładam ciemnoszarą marynarkę. Czeszę swoje nieco przerzedzone włosy, robiąc w nich przedziałek.

Jeszcze raz czytam zapisany, jakby drżącą dłonią kawałek papieru. Ponownie wczytuję się w każde zdanie, słowo… Składam go z powrotem na czworo i wsuwam do koperty. Patrzę na nią, na ten postarzały przedmiot, na ten artefakt. – Tak, jestem już gotowy. – szepczę do samego siebie, wkładając list do wewnętrznej kieszeni marynarki.

Zakładam płaszcz i podchodzę do drzwi, odsuwając zasuwę. Otwieram je z cichym skrzypieniem zawiasów. Owiewa moją twarz chłód klatki schodowej. Stojąc na progu, odwracam się jeszcze na chwilę, po czym zamykam na zawsze to miejsce na klucz. Na zawsze…

Schodzę z piętra stopień po stopniu. Wychodzę na wewnątrz. Na podwórku dolatuje do moich uszu trzepot skrzydeł i ciche gruchanie gołębi. Zlatują z blaszanych parapetów. Przysiadają na trzepaku, na drewnianej w kącie ławce. Spoglądam w górę i widzę fragment szarego nieba otoczonego ścianami kamienicy. Czuję się tak, jakbym był w studni. Bo to jest przecież studnia.

Otwarta na oścież brama. Kwadraty chodnikowych płyt. Osacza mnie gwałtowny szum i pogwar. Zapach spalin przejeżdżających samochodów i motocykli. Mija mnie ze zgrzytem zatłoczony tramwaj. Ludzie zmierzają w różne strony. Jedni wolno, drudzy szybko, jeszcze inni biegną. Jeszcze inni stoją, oglądając witryny sklepów. Jeszcze inni stoją, czekając na kogoś. Jeszcze inni…

Skręcam w lewo i kieruję się przed siebie. Stawiam kołnierz płaszcza. Ręce wkładam do kieszeni. Mam jeszcze trochę czasu. Czuję się jak ktoś, kto skończył już swoją zmianę, a jeszcze jest przez chwilę. Jak ktoś, kogo już nikt nie zatrzymuje, kogo już nikt o nic nie pyta.

W kałuży, tuż pod moimi stopami, dostrzegam niespodziewanie odbity obraz wąskiej szczeliny błękitnego nieba. Jest takie piękne, takie głębokie. Promień słońca przedziera się przez nawałę skłębionych obłoków, dotyka krawędzi – i nagle – olśniewa wszystko. – Chyba już czas. Staję przy krawężniku i patrzę na przejeżdżające samochody. Wypełniona piaskiem ciężarówka jedzie wystarczająco szybko. Jest coraz bliżej. Jest tuż! – Wyskakuję momentalnie przed jej maskę, rozkładając szeroko ramiona i zamykając oczy. Pisk hamulców. Gwałtowne uderzenie. Ból przypominający porażenie prądem i krótkie jaskrawe światło płynące gdzieś z głębi mózgu. Więcej już nic…

III

Otwieram oczy jak po przebudzeniu. Znajduję się w wysokim na jakieś cztery i szerokim na mniej więcej trzy metry korytarzu. Nie widzę jego końca. Ma białe półkoliste sklepienie z wiszącymi w regularnych odstępach białymi kulami. Lśni beżowa lamperia na ścianach. Po lewej ręce niekończący się ciąg zwieńczonych półkoliście, tak jak sklepienie, okien. Niektóre są otwarte. Za nimi widać gęstą zieleń drzew, z której dobiega świergot ukrytych w niej ptaków. Promienie słońca tworzą na drewnianym parkiecie ukośne, świetliste prostokąty.

Idę powoli przed siebie. Słyszę czasami ciche skrzypienie ułożonej w jodełkę klepki. –Czyżby to było skrzypienie od moich kroków, nie-moich? Idę powoli. Poza szelestem drzew i śpiewem ptaków, nie słychać więcej nic. Wydaje się, że w powietrzu unosi się nikły zapach woskowej pasty i ciepła woń lata. Po prawej stronie ciągną się donikąd białe drzwi. Pierwsze z nich mają numer 2017, następne 2016. Przystaję, co kilka metrów przed progiem i nasłuchuję, lecz nic, tylko dobiegający od okien szelest drzew, śpiew ptaków i ciche skrzypienie podłogi. – Dokąd to wszystko prowadzi? Dlaczego jestem sam? Dlaczego?

Podchodzę do najbliższego, otwartego okna i wychylam się na zewnątrz. Lecz widzę tylko rząd drzew, a pomiędzy nimi ciągnącą się po sam skraj rozkwieconą łąkę. Błękitne niebo i słońce, śpiew ptaków i szelest traw. Ciche skrzypienie podłogi, mój oddech i przyśpieszone bicie mojego serca…

Kolejne numery na drzwiach są jedynym tutaj świadectwem jakiegoś celu. Kolejne numery: 2015, 2014, 2013, 2012… Mam dziwne wrażenie, jakbym się znajdował w jakimś tunelu czasoprzestrzennym, jakbym się cofał nieuchronnie w czasie. Czuję coraz większe ciepło i zniecierpliwienie… 2011, 2010, 2009, 2008, 2007, 2006, 2005, 2004, 2003, 2002, 2001, 2000…

To miejsce jest kwintesencją samotności i przeznaczone tylko dla mnie. To miejsce wiecznej oazy ciszy i spokoju. To miejsce, cudowne z jednej strony, przeraża jednak swoim bezkresem i brakiem czasu. Przeraża również tym, że nie ma tutaj absolutnie nikogo poza mną. Tutaj nie chodzą żadne zegary, bo i po co? Po co odmierzać bez-czas? Nie czuję przyciągania ziemi i jednocześnie czuję wszelkie oddziaływania, które są, których nie ma.

Dziwne to uczucie, gdzie wszystko jest i nie ma zarazem niczego. Czuję się, jakbym istniał i nie istniał, jakbym był w bezkresnej pustce, pełnej jednak rozmaitych przedmiotów, ale takich, jakie się widzi jedynie w śnie przepełnionym złotawym zamgleniem, jakie można dostrzec jedynie pomiędzy warstwami epok.

Przemieszczam się, taki bezczasowy, nieistniejący, a jednak istniejący, tylko w jakiejś zupełnie innej formie. Przemieszczam się i mijam kolejne numery na białych drzwiach. – A może mijam poszczególne lata? Niektóre są pozacierane, niektóre lśnią jasnym blaskiem: 1999, 1998, 1997, 1996, 1995, 1994, 1993, 1992, 1991, 1990…

Jestem cielesny i jednocześnie nie mam ciała. Jestem czymś pomiędzy cieniem a drgającym refleksem na powierzchni wody. Wszystko jest takie niepojęte i trudne, i zarazem doskonale zrozumiałe i proste. – Gdzie ja jestem? Tak, widzę: 1989, 1988, 1987, 1986, 1985, 1984, 1983, 1982, 1981, 1980…

Mijam całe dekady. – Jak to możliwe? Kto nadał mi aż taki pęd? Czy zdołam wyhamować przed samym początkiem, czy może pochłonie mnie nicość? Co się przede mną ukrywa, czy może raczej, kto? Dostrzegam wiele i widzę: 1979, 1978, 1977, 1976, 1975, 1974… Dziwne to uczucie, kiedy mija się czas swoich narodzin… 1973, 1972, 1971, 1970… Zatapiam się coraz bardziej. Czuję jednak, że niebawem się coś wydarzy. Czuję coraz bardziej, a raczej coraz bardziej dostrzegam mikroskopijne przebłyski w otaczającej mnie przestrzeni: 1969, 1968, 1967, 1966, 1965, 1964, 1963, 1962, 1961, 1960… – Jestem coraz bliżej. Jestem coraz bliżej ciebie, Nadieżdo! Niebawem cię ujrzę. W jakiś niewytłumaczalny sposób ściągasz mnie ku sobie. W jakiś niewytłumaczalny sposób odnalazłaś mnie, wysyłając w przyszłość ów list. Odnalazłaś mnie, mimo że jestem w innym wcieleniu. Jak to możliwe? Jak?

Wyraźnie zbliżam się do celu. Czuję to całym sobą. Czuję to jak ktoś, kto widzi z okna pociągu mijające, poszczególne stacje: 1959, 1958, 1957, 1956, 1955… Widzę już pierwsze kontury. Pierwsze zarysy. Czuję lekki powiew chłodnego wiatru na twarzy. Drzwi oznaczone numerem 1954 – są uchylone. Podchodzę do nich wolno i niepewnie, bojąc się czegoś nieokreślonego, nieznanego. Staję u ich progu, zastanawiam się przez chwilę i… otwieram je do końca…

Oślepia mnie jaskrawy promień. Zasłaniam dłonią oczy. Jeszcze moment i spoglądam niepewnie pod nogi. Widzę, że stoję na jakimś pokrytym kostką brukową placu. Odejmuję dłoń od oczu i rozglądam się wkoło. Przede mną wyrasta zielony, pokryty złoconymi literami Narewki Łuk Tryumfalny. Nie ma wątpliwości, jestem w Leningradzie, w 1954 roku! Chwieję się przez chwilę jak pijany, jak ktoś po długiej podróży. – Znalazłem się w miejscu i czasie, w którym wysłałaś do mnie list, Nadieżdo! Ale jak ciebie teraz znajdę? Gdzie mam ciebie szukać? Powiedz, gdzie?

IV

Ruszam wolno przed siebie. Czuję teraz wszystko wyraźnie. – A może to tylko jakaś ułuda? Może wcale mnie tu nie ma? Idę jednak dalej przed siebie, mijając rząd kamiennych donic z fioletowymi, drobnymi kwiatkami. Kątem oka dostrzegam jakąś młodą kobietę, przyśpieszam kroku! – Nie, to nie Nadieżda.

Mimo września, słońce grzeje w moje plecy. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Wąską, wybrukowaną kocimi łbami ulicą przejeżdża wolno polewaczka. Unosi się za nią chmura lśniących w słońcu drobniutkich kropelek wody, które tworzą coś na kształt tęczy. Skręcam w lewo, w szeroką, wyasfaltowaną arterię, pełną śpieszących się gdzieś tramwajów i trolejbusów. Na dużym placu z fontannami biegają małe i rozkrzyczane dzieci. Ze środka tej wesołej gromadki wybija się ciepły i rozedrgany lekko głos: – „Jeniusza, Jeniusza! Chodź do mnie, chodź do babci!”. Spoglądam w tę stronę i widzę siwą kobietę w rozpiętym, szarym płaszczyku, jak bierze kilkuletniego chłopca na ręce.

Idąc Prospektem Newskim, główną ulicą Leningradu, znowu pogrążam się w dręczących mnie, nieustannych myślach…

Z zadumy wyrywa mnie dopiero intensywny zgrzyt przejeżdżającego i dzwoniącego tuż obok tramwaju. Dopiero teraz dostrzegam ciągnące się niemal w nieskończoność XVIII i XIX wieczne kamienice, drzewa rzucające na chodnik rozchwiane cienie, czy prześwitujący w oddali rozedrgany blask złotych kopuł Soboru Isakijewskiego. Idę przed siebie, skulony cały w sobie. Idę wciąż przed siebie…

Dochodzę do Mostu Bankowego, a raczej kładki dla pieszych nad kanałem Gribojedowa. Tutaj jest dużo spokojniej. Rozłożyste drzewa tworzą coś na kształt cienistego baldachimu z drgającymi tu i ówdzie słonecznymi prześwitami. Obok mnie, terkocząc na nierównościach chodnika, przejeżdża na trójkołowym rowerku mała dziewczynka. Tuż za nią idzie szybkim krokiem młoda kobieta. Dogania ją i chwyta za umocowany z tyłu rowerka kijek. Dziewczynka śmieje się piskliwie, kiedy znowu udaje się jej oddalić na kilka metrów od matki. Wchodzę na kładkę i opieram się o jej barierkę. Pode mną połyskuje gdzieniegdzie ciemny, szemrzący cicho nurt. Odganiam dłonią pszczołę, która przelatuje z cichym brzęczeniem tuż obok mojej twarzy. Coś pluszcze, lecz nic. Srebrzysta ryba wypływa i zapada się z powrotem w głębiny. Unosi się w powietrzu mdławy zapach jakichś kwiatów, czy krzewów. Na tle jaskrawej plamy dostrzegam kątem oka przesuwający się wolno cień. Podnoszę głowę i widzę ubraną na czarno kobietę. Ma na sobie czarną, długą do samej ziemi sukienkę, a na głowie tak samo czarną chustkę. Zatrzymuje się i spogląda na mnie, po czym odwraca się i odchodzi. Znika za rogiem, skręcając w małą, boczną uliczkę. – To ona! To Nadieżda! To na pewno musi być ona! Schodzę szybko z kładki. Dobiegam do rogu, lecz poza idącą wolno i trzymającą się pod ręce parą starszych ludzi, nie ma nikogo! – Gdzież się ona podziała? – Gdzie?

Idę nie wiadomo jak długo. Idę przed siebie. Idę bez celu, bez nadziei. Zaczyna się powoli chmurzyć. Wszystko robi się momentalnie szare. Dopiero teraz widzę, że jestem na bezdrożach, poza miastem. Przede mną rozciągają się rozległe pola, a w oddali rosną pojedyncze topole. – Gdzież mam iść? Gdzież mam cię szukać? Chmury kłębią się nade mną. Zapinam płaszcz i podnoszę kołnierz. Ogarnia mnie chłód, a gardło ściska niewysłowiony żal, ból i niemoc. Czuję, że od wiatru łzy napływają mi do oczu. – Tyle przebytej drogi – i na nic. – Tyle przebytych epok…

I oto, niespodziewanie – ponownie dostrzegam w oddali znajomą mi czarną postać. Idę w jej kierunku powoli, niepewnie, nie dowierzając swoim własnym oczom. Lecz nagle, tknięty jakimś impulsem, przyśpieszam, biegnę, co tchu! Czuję, że serce bije mi coraz mocniej. Jeszcze dziesięć metrów, jeszcze pięć…

– Nadieżdo, jestem. – mój głos się załamuje od szybkiego oddechu. – Przybyłem do ciebie z bardzo daleka. Dla ciebie straciłem życie. Wiele razy czytałem twój list. – Rozpinam płaszcz i wyjmuję go z kieszeni marynarki. O dziwo koperta nie jest wcale pożółkłym ze starości kawałkiem papieru! Patrzę na to zaskoczony. Podchodzę do niej jeszcze bliżej. Pokazuję list. Jej mocno przekrwione oczy wskazują na to, że płakała. Patrzę na jej wynędzniałą twarz, jakby toczyła ją jakaś śmiertelna choroba. – Nadieżdo, jestem. – szepczę niemal bezgłośnie. – Nadieżdo, spójrz, mam twój list. – lecz nic, patrzy się na mnie jak na kogoś z innego czasu, z innej epoki. Wie, że to nie jestem ja. – Nadieżdo,… – nie kończę, ponieważ usycha mi w gardle i nie potrafię wydobyć z siebie ani jednego słowa.
Nadieżda wpatruje się prosto w moje oczy. Nagle odwraca głowę w bok, spoglądając tym razem na coś na skraju horyzontu.
– Przepraszam cię, Włodku.
Jej cichy i lekko ochrypły głos sprawia, że spoglądam na nią tak, jakbym zobaczył ją pierwszy raz. Gdzieś w kłębiących się nad nami chmurach narasta basowy odgłos zbliżającego się samolotu.
– Przepraszam cię, że straciłeś przeze mnie życie, że przebyłeś do mnie taką długą drogę, wybacz mi.
Jej głos staje się jeszcze słabszy, natomiast basowy, dudniący odgłos samolotu przewala się nad nami kulminacją i powoli cichnie, oddalając się w nieznane.
– Żegnaj na zawsze. – dodaje ledwie słyszalnie.
Nogi miękną mi w kolanach. Robi mi się słabo. Nadieżda zbliża się do mnie i całuje delikatnie w usta swoimi spierzchniętymi jak w gorączce wargami.
– Muszę już iść. – dodaje cicho. – Muszę wracać z powrotem na północ, tam gdzie jest mój dom. – Jest on na skraju poligonu atomowego, sto kilometrów stąd.
– Nadieżdo, proszę, zostań ze mną, proszę! Nie musisz tam wracać! – czuję nagłe ukłucie w sercu.
– Nie mogę, Włodku. Jesteś z innego czasu. Muszę wrócić do swojego domu, aby zginąć. – Wkrótce wybuchnie bomba. – Chciałam tylko zobaczyć przyszłe wcielenie kogoś, kogo bardzo dawno temu kochałam nad życie, ale ty nim nie jesteś. – Przebacz mi, proszę.
Widzę jak opuszcza głowę i powstrzymuje ostatkiem sił gwałtowny płacz. Zaciska mocno usta. Odwraca się i odchodzi piaszczystą ścieżką przez przymglone, nasiąknięte wilgocią pola. Oddala się powoli ode mnie, przygarbiona, kulejąc na prawą nogę i coraz bardziej malejąc… – a ja, wpatruję się w tą pozostawianą przez nią pustkę. W kołyszące się lekko pojedyncze topole na skraju.

Nasila się chłód. Nie wiem ile już tu jestem, w tym poszarzałym nagle krajobrazie. Słyszę jedynie świszczący wiatr. Czuję, że znowu robią mi się od niego wilgotne oczy. Nikogo i nic. Już – tylko nic.

Wracam tymi samymi bezdrożami. Tymi samymi ulicami. Jestem bardzo zmęczony i taki bezsilny. Siadam na ławce, nad brzegiem Newy i spoglądam na płynące wolno fale. Krzyczą nad nimi mewy, czy rybitwy, zniżając, co chwila swój lot. Jestem tak bardzo, bardzo zmęczony. Osuwam się na ławce… Zasypiam.

Gdzieś na skraju szarego i pochmurnego horyzontu rozbłyska nagle niezwykle jaskrawa światłość, przybierając powoli kształt ogromnego, kotłującego się grzyba. Wokół atomowej chmury tworzą się białe pierścienie rozgrzanego powietrza. Pierścienie, które palą wszystko na swojej drodze. I nagle dopada mnie potworna fala uderzeniowa. Rozrywa moje ubranie, rozrywa ciało. Zaczynam krzyczeć, zaczynam potwornie krzyczeć, kiedy ściana ognia pali włosy, wypala oczy…

Naraz widzę nad sobą pochylonego milicjanta. Szarpie mnie za rękaw i coś do mnie mówi. Nic nie rozumiem. Jeszcze się wszystko kotłuje w moim umyśle. Jeszcze moment… Jeszcze… Już słyszę wyraźnie jego lekko zaniepokojony głos.
– Obywatelu, czyżbyście się aż tak bardzo spili? – Tu nie można, idźcie do domu. – Macie dom?
Mruczę jedynie coś do niego nieskładnie, jakby mnie zatkało.
– Jak nie macie gdzie się podziać, to idźcie do przytułku, który jest tutaj, niedaleko, na ulicy ***kiej, tylko się pośpieszcie obywatelu, bo będzie zaraz padać. – i wskazuje palcem szare, burzowe niebo na północy – po czym odchodzi.
Podnoszę się z wielkim trudem i idę w kierunku… – właściwie, nie wiadomo, gdzie. Idąc, czuję na twarzy pierwsze krople deszczu. Zygzak błyskawicy przecina na mgnienie horyzont… po chwili – przytłumiony, odległy grzmot tego krótkiego spięcia – dociera do mnie w jakiejś szczątkowej formie, mając swoje epicentrum gdzieś na północy, nad samotnym domem.

Taurus (Byk)

[Cykl: Gwiazdozbiory]

Jak daleko? – daleko
i jeszcze dalej.
Masywny kształt w półmroku wszechświata – zastygł w trakcie natarcia – tuż nad krawędzią otchłani.
Zatrzymany w jakiś niewytłumaczalny sposób,
być może poprzez zadziwienie spowodowane dostrzeżeniem –
tam w dole –
odbitego światła swoich własnych źrenic?

Zaskoczenie tym większe, że ujrzany czas ulega ciągłym metamorfozom
i drga,
tak jak drgają rzeczne refleksy
w niepokojącym blasku księżycowej pełni.
I spadają, gdzieś na skraju,
jak nieuchwytne roje meteorów, ale już zamglone,
niejasne.