Stratus

(Z cyklu: Chmury)

Niekończąca się szarawa biel. Rozsadza mój mózg
jednostajny szum.
I nie wiem, czy to za sprawą padającego deszczu,
czy toczącej nieustannie moje ciało
gorączki.

Cisza tak wielka,
że słychać jej wewnętrzny przepływ,
ale taki, jaki można dosłyszeć jedynie w mgłach zastygłych,
gdzieś pomiędzy jedną
a drugą mikroskopijną kroplą – rozprysłą
na twarzy.

Wilgotne liście ostrzą się na krawędziach,
mienią się widziane pod różnymi kątami
płaszczyzny.
Przechylam głowę, zadziwiony poblaskiem
szalejącego we mnie czasu,
w którym wciąż nacierają ni stąd, ni stamtąd, ciskane nie wiadomo, przez kogo
świetliste atomy.

Enigmatycznie

To się wciąż przemienia, wychodząc z niewidzialnych stref
w urzeczywistnienie.
I staje się smugą cienia – rzucaną przeze mnie
na drewniany parkiet pustego korytarza.

Tak bardzo oślepia mnie słońce, kiedy przemierzam epoki
i lata
przeszłego czasu.

Mijam otwarte okna ze szklanymi odbiciami źrenic
i rząd białych drzwi zatrzaśniętych na wieczność,
za którymi czai się ogromne milczenie przedmiotów
w półmroku i kurzu.

Trzeszczenie podłogi tuż obok, jakby od czyichś kroków –
czyich?

Przecież nie stąpam po niej wcale.
Unoszę się nie za wysoko i nie za nisko.
Płynę.

Upał

Coś się urzeczywistnia w ostrym zarysie cienia,
zasłaniając sobą swoją własną stronę.
I przechodzi wolno w chmurze owadów, wzdłuż wieloziela
i kwiatów pachnących słodko –
wyschniętą,
pokrytą pęknięciami ścieżką.

Przeciągły gwizd wilgi dobywa się tuz obok
i nigdzie.
Niecielesne stopy trącają trawę, a dłonie –
gałęzie dusznego ogrodu.
Coś się przesuwa, jakby w tajemnicy przed światem,
w brzęku pszczół, wśród liści nasturcji,
wśród skwaru.

W przybladłym błękicie słoneczniki chylą się ku ziemi,
przytłoczone ciężarem swoich pestek.
Tutaj i dalej skrzypią w drgającym powietrzu strzeliste topole
ze słońcem –
gorejącym w prześwitach.

Radiacja

Płoną na horyzoncie skłębione obłoki
od nuklearnego żaru.
Dopada mnie huraganowy wiatr (przeszywających na wskroś) energetycznych cząstek.
Każdym nerwem, każdą komórką mojego ciała
targa przedśmiertny ból,
jakby mnie jednocześnie nakłuwano miliardami igieł
w niebieskawym potoku
ostrej –
kobaltowej lampy.

Skrzą się drobinki kurzu i przechodzą bardzo powoli przez świetlistą smugę,
co pada z ukosa.
W powietrzu, pełnym mdlącego zapachu i elektrostatycznych spięć,
coś jeszcze wciąż żyje, mimo że już nie dostrzega odbić w metalu, ponieważ lśnią –
martwo.

Nikt

To jest dziwny świat, do którego idę,
w którym jestem.
Moje i tak zagmatwane myśli –
ulegają wciąż metamorfozie, nie poddając się jakiemukolwiek zdefiniowaniu.

Tutaj światło (w nieprawdopodobnej ciszy) przenika szyby,
kładąc się długimi smugami na drewnianym parkiecie.
I migoczą słoneczne refleksy na ścianach
pustego domu,
bądź na białych drzwiach – zamkniętych przez wieczność.

Gdzie tylko spojrzeć – milczenie rzeczy,
głucha obcość przedmiotów.
Szumi mi w uszach i dzwoni, jak u człowieka, którego toczy gorączka,
kiedy stąpam w tym bezgłosie, wyszydzany przez wszystko.
I kiedy wszystko przenikam, wcale nie dotykając ziemi. Kiedy na zewnątrz drżą liście
topoli.

***

https://numina.bandcamp.com/track/the-visitor

Jadąc do nikogo

Wskakuję w biegu do odjeżdżającego, pustego już tramwaju, który zgrzyta kołami
i nabiera z ostrym szarpnięciem rozpędu.
Ściekają mi po karku i skroniach
krople zimnego potu.
I tak jak ptak uderza skrzydłami o ściany więzienia,
tak kurczą się boleśnie i rozkurczają
przedsionki
i komory
mojego serca.

Drga i migocze jaskrawe słońce pomiędzy topolami
i jarzy się w samych topolach.
Opieram się czołem o szybę – zahipnotyzowany tym przesuwaniem –
i nie mogąc oderwać oczu od tych przebłysków
natury,
tracę nagle przytomność z powodu efektu stroboskopu…

Odzyskuję świadomość nie wiadomo, po jakim czasie, leżąc na podłodze
z krwawiącym nosem i pianą
na ustach.
Ciągną się po bokach metalowe stelaże pod oparciami pustych siedzeń.
Światło zachodzącego słońca wpada teraz przez okna, tworząc na niej ukośne, pomarańczowe
prostokąty.
Wyciągam powoli osłabioną rękę –
ku temu lśnieniu,
mimo iż wiem, że nie jestem w stanie go dosięgnąć.

Eniwetok

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

I

Uderzają mnie w twarz jaskrawe prześwity słońca, które wytryskują spomiędzy
kołyszących się, palmowych liści.
Drgają i migoczą, tworząc efekt stroboskopu.

(Musiałem chyba dostać ataku epilepsji,
ponieważ odzyskuję dopiero teraz przytomność, ale w zupełnie innym miejscu
i czasie)

Jednak po chwili ruszam przed siebie, idąc po rozgrzanej plaży.
Marszczy się łagodnie zielonkawa tafla laguny.
Jest tak przejrzysta, że widać każdy szczegół, każdą muszlę
i każdy –
wygładzony w niej kamień.

Nie wiem, jak długo idę. Słyszę tylko szum oceanu, który nie jest wcale głośniejszy
od mojego oddechu
i w którym jarzy się jakiś daleki odblask natury.
Nie wiem jak długo idę, ale dostrzegam coraz więcej.
Otwiera się nade mną głęboki błękit, którego nie mąci nawet przepływ
obłoku…

II

Widzę przed sobą pochylone, osmalone konstrukcje
z betonu i stali.
Gąsienice jakiegoś ciężkiego pojazdu odcisnęły swój ślad przed dziesięcioleciami,
który zdążył już skamienieć w stopionym niegdyś nuklearnym żarem
piasku.

Mijam żelbetonowe bunkry z pionowymi, rdzawymi smugami na ścianach
i setki manekinów, wrzuconych do wielkiego basenu
bez wody.
Dziwnie zdeformowane postacie w nadpalonych ubraniach –
wyciągają rozpaczliwie ręce i spoglądają na mnie pustymi, czarnymi oczodołami.
Spoglądają tak,
jak może tylko patrzeć tłum – bezdomnych
ślepców.

Coś błyszczy w oddaleniu, jakby kawałek szkła, na który pada słoneczny promień.
Widzę moją żonę i moją małą córeczkę,
jak bawią się na plaży w berka. Słyszę ich radosne śmiechy
i krzyki.
Kiedy spoglądają na mnie – stają w milczeniu.
– Poważnieją.

I mimo iż wiem, że to na nic, to przyśpieszam kroku. Biegnę do nich, wykrzykując ich imiona
na cały głos!
Lecz, zanim do nich dobiegam – rozpływają się, znikają, jakby we mgle,
wtapiając się w coraz bardziej nieostre tło.
I pozostawiają po sobie pustkę, tę właśnie pustkę, którą rozsadza od wewnątrz –
ciągły pisk w moich uszach,
zmieszany z hukiem załamujących się fal.

***

Eniwetok – pacyficzny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1948–1958 był wykorzystywany przez Stany Zjednoczone, jako poligon do testowania broni jądrowej.

***

https://seifertsteinbuechel.bandcamp.com/track/timelapse

Bikini

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Migot jaskrawych prześwitów na mojej spalonej twarzy.
Chwieją się w łagodnym wietrze
liście kokosu.
Wychodzę z cienistej smugi, wprost pod kobaltowy błękit rozgorzałego słońcem
nieba,
wtapiając się w rozkołysany, oceaniczny nurt.

Liżą moje złączone dłonie białe języki spienionych fal,
kiedy pochylam się nad nimi – jak do modlitwy.
I obmywają mnie w taki sposób,
abym uwierzył w to tajemne, oczyszczające
misterium,
które można odczuć wyłącznie w całkowitej samotni
na skraju świata.

I mimo tego, iż wiem, że to kłamstwo, to zanurzam się powoli w odmęt,
czując pod stopami aksamitny piasek i zawadzając o resztki
zakopanych w nim, zardzewiałych wraków.
I nabieram do płuc mikroskopijne, promieniotwórcze
ziarenka,
które od dziesiątków lat zmieniają ryby w niepodobne do samych siebie,
pełne blasku
– groteskowe formy.

***

Bikini – oceaniczny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1946-1958 Stany Zjednoczone prowadziły na nim doświadczenia z bronią jądrową.

Moogologia

Z początku gładki. Później, w miarę trwania –
coraz bardziej rozwibrowany.
Pojedynczy dźwięk przeciąga się niemal w nieskończoność, drżący
i ostry.
Następują kolejne. Łączą się
i rozchodzą…

Pędzą wprost na siebie, ale nie zderzają się, tylko krzyżują.
Zataczają koła,
a potem – nacierają ciężką, organową nawałą,
tak jak naciera na piaszczysty brzeg
wzburzona fala.

Wciąż rozchodzi się echo, zagłuszając jedynie
chwilowy spokój.
I znowu nabierają rozpędu skomplikowane pasaże. W górę i w dół,
w górę i…

Zwalniają, wpadając w nostalgiczną barwę,
by w powolnym prologu pędu mógł się wznieść – niczym kosmiczny pocisk,
tylko jeden jedyny ton, ale za to jakże krystaliczny i lśniący – tym lśnieniem –
wschodzącej Wenus.

***

https://skrzek.bandcamp.com/track/spok-j

Malden

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Nie słyszę krzyku ptaków.
Zagłuszane przez powtarzający się w regularnych odstępach czasu huk nacierających fal, szybują bezgłośnie.
Gnana przez wiatr błękitna, poznaczona spienionymi kreskami
nawała –
spiętrza się na brzegu. Obmywa moje stopy
i dłonie.
I znowu się cofa, odsłaniając lśniące w słońcu muszle,
kamienie.

Wpatruję się przez palce w ten jaskrawy migot tuż przy mnie i w to drżące oddalenie.
Gdzieś tam – wszystko się ze sobą łączy,
wszystko jest nie do odróżnienia. I wszystko wydaje się być uśpione
snem wiekuistym.
W każdej porzuconej rzeczy zastygła tajemnica,
w każdym opuszczonym miejscu.
Nawet w powolnym przepływie obłoków zawarta jest jakaś niejasna forma przekazu,
w rozchwianych,
nielicznych kępach trawy…

Muskam palcami naznaczone nuklearnym żarem
resztki megalitycznych budowli.
Jeszcze do tej pory czuję na całym swoim ciele –
przeszywające ukłucia promieniowania, jakby mnie nakłuwano
miliardami igieł.
Jeszcze do tej pory czuję potworny strach
przed wschodzącym słońcem,
bojąc się, że wzejdzie tak, jak przed dziesięcioleciami, spopielając całą ziemię, wygotowując
ocean,
rozpalając niebo.

***

Malden – niewielka, bezludna wyspa w archipelagu Line Islands, na środkowym Pacyfiku, wchodząca obecnie w skład Republiki Kiribati. W latach 50-tych Wielka Brytania przeprowadzała na niej (oraz na sąsiedniej wyspie Kiritimati) testy z bronią termojądrową w ramach operacji Grapple. Na wyspie tej znajdują się również ruiny tajemniczych megalitycznych budowli sprzed około tysiąca lat.