Ginąc w jaskrawym blasku

Przedzieram się przez kurz
i pajęczyny,
przytłoczony niewyobrażalnym ciężarem żelbetonowej skorupy.
Dzwoni mi w uszach wiatr,
co się wślizguje do wnętrza tego przeciw-atomowego bunkra.
W pękniętych ścianach drga błękitne światło i otacza mnie
zimnem,
kiedy wkraczam w świt i klękam jak do modlitwy, kładąc swoją zniekształconą głowę
na kamieniu.
Obejmuję go i gładzę. Wyczuwam dłońmi jego naświetloną strukturę.
Poczerniałą.

To jest mój dom –
samotny świadek eksplodującego przed dziesięcioleciami słońca.
Przygnębiająca resztka z brunatnymi bąblami od straszliwego żaru
i rdzawymi smugami
od promieniotwórczych deszczów.
Potykam się o poskręcane, rozgrzane kiedyś do czerwoności stalowe pręty zbrojenia,
które zastygły,
nachylone od podmuchu.

Dokąd teraz?
Nie wiem.
Może popłynę jak obłok?
Jak duch nad spaloną ziemią?

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.