Stratocumulus

(Z cyklu: Chmury)

Nasze załzawione oczy
osusza wiatr.
Stoimy na przeciwległych brzegach z rozwianymi włosami, które raz po raz
przesłaniają twarze.
Oddychająca powoli przestrzeń ma zapach soli,
a fale oceanu opadają z hukiem, atakując piaszczyste plaże białymi językami
piany.
Mozaika z chmur przepuszcza przez pękające spojenia niebo,
które olśniewa błękitem
nawet drżące w głębinach ryby.

Gdzieś tam, łączą się ze sobą ławice, znikając w coraz większym zamgleniu
i gęstniejącym mroku.
Gdzieś tam, gdzie bezkres nie ma swojej nazwy
i gdzie wszystko staje się nicością
i ciszą.
Gdzie wszystko rozpada się w narastającym kształcie
nocy.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.