Jadąc do nikogo

Wskakuję w biegu do odjeżdżającego, pustego już tramwaju, który zgrzyta kołami
i nabiera z ostrym szarpnięciem rozpędu.
Ściekają mi po karku i skroniach
krople zimnego potu.
I tak jak ptak uderza skrzydłami o ściany więzienia,
tak kurczą się boleśnie i rozkurczają
przedsionki
i komory
mojego serca.

Drga i migocze jaskrawe słońce pomiędzy topolami
i jarzy się w samych topolach.
Opieram się czołem o szybę – zahipnotyzowany tym przesuwaniem –
i nie mogąc oderwać oczu od tych przebłysków
natury,
tracę nagle przytomność z powodu efektu stroboskopu…

Odzyskuję świadomość nie wiadomo, po jakim czasie, leżąc na podłodze
z krwawiącym nosem i pianą
na ustach.
Ciągną się po bokach metalowe stelaże pod oparciami pustych siedzeń.
Światło zachodzącego słońca wpada teraz przez okna, tworząc na niej ukośne, pomarańczowe
prostokąty.
Wyciągam powoli osłabioną rękę –
ku temu lśnieniu,
mimo iż wiem, że nie jestem w stanie go dosięgnąć.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.