Stratocumulus

(Z cyklu: Chmury)

Nasze załzawione oczy
osusza wiatr.
Stoimy na przeciwległych brzegach z rozwianymi włosami, które raz po raz
przesłaniają twarze.
Oddychająca powoli przestrzeń ma zapach soli,
a fale oceanu opadają z hukiem, atakując piaszczyste plaże białymi językami
piany.
Mozaika z chmur przepuszcza przez pękające spojenia niebo,
które olśniewa błękitem
nawet drżące w głębinach ryby.

Gdzieś tam, łączą się ze sobą ławice, znikając w coraz większym zamgleniu
i gęstniejącym mroku.
Gdzieś tam, gdzie bezkres nie ma swojej nazwy
i gdzie wszystko staje się nicością
i ciszą.
Gdzie wszystko rozpada się w narastającym kształcie
nocy.

Stratus

(Z cyklu: Chmury)

Niekończąca się szarawa biel. Rozsadza mój mózg
jednostajny szum.
I nie wiem, czy to za sprawą padającego deszczu,
czy toczącej nieustannie moje ciało
gorączki.

Cisza tak wielka,
że słychać jej wewnętrzny przepływ,
ale taki, jaki można dosłyszeć jedynie w mgłach zastygłych,
gdzieś pomiędzy jedną
a drugą mikroskopijną kroplą – rozprysłą
na twarzy.

Wilgotne liście ostrzą się na krawędziach,
mienią się widziane pod różnymi kątami
płaszczyzny.
Przechylam głowę, zadziwiony poblaskiem
szalejącego we mnie czasu,
w którym wciąż nacierają ni stąd, ni stamtąd, ciskane nie wiadomo, przez kogo
świetliste atomy.