Radiacja

Płoną na horyzoncie skłębione obłoki
od nuklearnego żaru.
Dopada mnie huraganowy wiatr (przeszywających na wskroś) energetycznych cząstek.
Każdym nerwem, każdą komórką mojego ciała
targa przedśmiertny ból,
jakby mnie jednocześnie nakłuwano miliardami igieł
w niebieskawym potoku
ostrej –
kobaltowej lampy.

Skrzą się drobinki kurzu i przechodzą bardzo powoli przez świetlistą smugę,
co pada z ukosa.
W powietrzu, pełnym mdlącego zapachu i elektrostatycznych spięć,
coś jeszcze wciąż żyje, mimo że już nie dostrzega odbić w metalu, ponieważ lśnią –
martwo.