Enigmatycznie

To się wciąż przemienia, wychodząc z niewidzialnych stref
w urzeczywistnienie.
I staje się smugą cienia – rzucaną przeze mnie
na drewniany parkiet pustego korytarza.

Tak bardzo oślepia mnie słońce, kiedy przemierzam epoki
i lata
przeszłego czasu.

Mijam otwarte okna ze szklanymi odbiciami źrenic
i rząd białych drzwi zatrzaśniętych na wieczność,
za którymi czai się ogromne milczenie przedmiotów
w półmroku i kurzu.

Trzeszczenie podłogi tuż obok, jakby od czyichś kroków –
czyich?

Przecież nie stąpam po niej wcale.
Unoszę się nie za wysoko i nie za nisko.
Płynę.

Upał

Coś się urzeczywistnia w ostrym zarysie cienia,
zasłaniając sobą swoją własną stronę.
I przechodzi wolno w chmurze owadów, wzdłuż wieloziela
i kwiatów pachnących słodko –
wyschniętą,
pokrytą pęknięciami ścieżką.

Przeciągły gwizd wilgi dobywa się tuz obok
i nigdzie.
Niecielesne stopy trącają trawę, a dłonie –
gałęzie dusznego ogrodu.
Coś się przesuwa, jakby w tajemnicy przed światem,
w brzęku pszczół, wśród liści nasturcji,
wśród skwaru.

W przybladłym błękicie słoneczniki chylą się ku ziemi,
przytłoczone ciężarem swoich pestek.
Tutaj i dalej skrzypią w drgającym powietrzu strzeliste topole
ze słońcem –
gorejącym w prześwitach.

Radiacja

Płoną na horyzoncie skłębione obłoki
od nuklearnego żaru.
Dopada mnie huraganowy wiatr (przeszywających na wskroś) energetycznych cząstek.
Każdym nerwem, każdą komórką mojego ciała
targa przedśmiertny ból,
jakby mnie jednocześnie nakłuwano miliardami igieł
w niebieskawym potoku
ostrej –
kobaltowej lampy.

Skrzą się drobinki kurzu i przechodzą bardzo powoli przez świetlistą smugę,
co pada z ukosa.
W powietrzu, pełnym mdlącego zapachu i elektrostatycznych spięć,
coś jeszcze wciąż żyje, mimo że już nie dostrzega odbić w metalu, ponieważ lśnią –
martwo.