Życie jest obok

Kurz i pajęczyny. Pęknięta szyba na wprost mojej twarzy.
W podmuchach wiatru –– drzewo wyżłabia w ścianie bruzdy, ścierając swoje gałęzie
do krwi.
Wspina się po ornamentach naddartych tapet
przeciągły jęk
i świst przeciągu. Trzaskają gdzieś drzwi,
jakby miał ktoś za chwilę przyjść, nie przychodząc
wcale.

Boli mnie z tyłu głowa od potwornego ciśnienia,
boli mnie serce od śmiertelnych złogów.
Coś się chwieje w głębi pokoju, w matowo-szarym świetle
padającym z ukosa.
Coś się kolebie w brązowych ramach stojącego lustra. Niewiele z tego rozumiem,
choć widzę
–– wrak człowieka i podarte na nim
łachmany…

A gdybym to –– ja –– odbił się od parapetu
i pofrunął przed siebie z rozpostartymi skrzydłami?

Odrywam się i lecę.
Pęd rozrywa moje usta, łopocze na wietrze ubranie.
Podłogowe klepki stają się przez chwilę ––
widzianymi z lotu ptaka prostokątami zaoranej ziemi, butelki po alkoholu ––
kominami fabryk.
Jeszcze tylko chwila –– i upadam bez czucia, rozbijając twarzą szklaną powłokę
nocy.

…………………

Jaskrawe słońce zagląda mi oczy.
Zasłaniam je poranioną dłonią,
lecz ostre światło przeciska się pomiędzy drżącymi palcami.
Leżę w poprzek bulwaru, opierając głowę o betonowy śmietnik.
Zbudziłem się? Zasnąłem?
Niezrozumiałe urywki zdań, kakofonia pokasływań, chrząknięć,
piskliwych
dziecięcych śmiechów.

Szumiąca rzeka przepływa obok.
Trąca mnie zimnymi falami w bezwładne stopy.

Reanimacja

Jestem lekki ―
jak na próbie wniebowzięcia. Sen potrójny narasta wokół.
Budzę się w śnie.
Ze snu przybywam i w sen wnikam nieznany.
Wiatr przetacza się po drzewach za otwartym szeroko oknem, szeleszczą i klaszczą
liście kasztanu.
Wybrzuszone przed chwilą firanki stają się wklęsłe.
I znowu ―
pęcznieją jak żagle.

Oślepia mnie słoneczny migot.
Stroboskopowa lampa.
I nagle to, o czym do tej pory myślałem, ulatuje gdzieś w kąt,
rozpryskuje się jak mydlana bańka.
Patrzę na to wszystko w zachwycie, stając się przez chwilę albatrosem,
mewą,
wyrwaną z zeszytu szybującą kartką…

…………………

Lecz coś się dzieje, coś się przestawia w mojej głowie.
Suchy trzask.
Błysk elektrycznego spięcia.

…………………

Gdzie ja jestem? ― Znikąd przybywam ― donikąd idę, wcale nie dotykając ziemi.
Wszystko wciąż się kołysze od nagłego przeskoku czasu.
Przede mną zamknięte drzwi.
Zatarty numer.
Mosiężna klamka z zielonkawym nalotem.

Zaglądam ostrożnie do wnętrza. Pajęczyny na suficie i ścianach,
brunatne plamy zacieków.
Zatęchła woń starej magazynowej hali drażni moje nozdrza.
Jakieś popiersia kryją się w półmroku, ustawione równo
jak na wystawie.
Niedowidzę ich twarzy, ale widzę za to wirujące drobinki kurzu
w wątłej smudze szarawego światła.

Stąpam wolno po trzeszczących deskach, czując obecność ducha samotności,
co wstrząsa swym drżeniem, dotyka
lodowatą dłonią.
Zatem ― kto uderza w gong?
Nikt.
To dzwon ostateczny życia mojego uderza w oddali
i bije.

Potwór

Nieskończona równina,
szarozielony step.
Niespokojne podmuchy wiatru, świst astmatycznego oddechu ziemi,
co wydobywa się gdzieś z głębi, nie wiadomo
skąd.
Jam samotny świadek powolnego przepływu
pęków atmosfer,
które przekształcają się nad horyzontem w nasiąknięte deszczem,
ciężkie,
surrealistyczne formy.

Dreszcz przechodzi mi po plecach od zimna
i samotności.
Wyczuwam do bólu obrzydliwą wilgoć jesiennej zgnilizny,
kiedy stąpam bosymi stopami ––
po martwej trawie.
Mijam poskręcane od nuklearnego żaru stalowe konstrukcje,
naznaczone rdzawymi smugami
samotne,
betonowe ściany…

Opuszczony bunkier ––
mój dom.
Kurz, pajęczyny i gruz. Słychać chrzęst rozbitego szkła, kiedy następuję zranionymi,
obrzmiałymi stopami.
Wchodzę w mrok, obijając się o ściany wąskiego korytarza.
Wchodzę w mrok,
z szarości wchodzę.

Pomimo upływu lat, rozpalone strugi przeszywają wciąż ––
moje straszliwie zniekształcone ciało.
Odór rozkładu równoważy się z mdlącym zapachem radiacji.
Muskam śliniącymi się ustami napromieniowane przedmioty,
muskam je dłońmi,
pośród charczenia i jęków.

W kawałku rozbitego lustra dostrzegam ogromne oko, które wpatruje się we mnie,
nie we mnie.

Satelita

Wystrzelony przed wiekami w próżnię przestworu, rozbłyska w słońcu,
niknie w cieniu planety.
Złoty cherubin z laboratorium człowieka,
umierający ptak.
Zimnymi oczami ― przeszywa wciąż
atmosferyczne warstwy
z porozrywanymi od wiatru, skłębionymi flotyllami chmur ―
noc
i dzień,
i znowu noc…

Milczący świadek zindustrializowanych krajobrazów.
Wyeksploatowany obserwator startujących w jaskrawym dymie wybuchu
nowych pokoleń ―
kosmicznych pocisków.

Zygzak błyskawicy zniknął, lecz zapalają się wciąż
kolejne łuny burzowych frontów,
bądź pulsujących od neonów miast.

Oddala się, a jednocześnie jakby coraz bardziej spowalniał swój lot ku nieskończoności,
ku niewidzialnemu,
ku całkowitej czerni za gigantyczną bramą,
malejący,
drżący ognik.

Migotanie obrazu

Błysk słońca na okiennej szybie,
jaskrawa plama.
W półmroku ―
milczenie przedmiotów.

Świetlisty prostokąt na całkiem białej ścianie, na zamkniętych drzwiach, na falujących
płótnach pajęczyn.
Pełznąca milimetr po milimetrze,
wykrzywiająca się coraz bardziej zagadkowa forma
niby-życia.

Obserwowana pod różnymi kątami, z rozmaitych płaszczyzn
czasu,
nachyleń ziemi…

Ginąc w jaskrawym blasku

Przedzieram się przez kurz
i pajęczyny,
przytłoczony niewyobrażalnym ciężarem żelbetonowej skorupy.
Dzwoni mi w uszach wiatr,
co się wślizguje do wnętrza tego przeciw-atomowego bunkra.
W pękniętych ścianach drga błękitne światło i otacza mnie
zimnem,
kiedy wkraczam w świt i klękam jak do modlitwy, kładąc swoją zniekształconą głowę
na kamieniu.
Obejmuję go i gładzę. Wyczuwam dłońmi jego naświetloną strukturę.
Poczerniałą.

To jest mój dom –
samotny świadek eksplodującego przed dziesięcioleciami słońca.
Przygnębiająca resztka z brunatnymi bąblami od straszliwego żaru
i rdzawymi smugami
od promieniotwórczych deszczów.
Potykam się o poskręcane, rozgrzane kiedyś do czerwoności stalowe pręty zbrojenia,
które zastygły,
nachylone od podmuchu.

Dokąd teraz?
Nie wiem.
Może popłynę jak obłok?
Jak duch nad spaloną ziemią?

Stratocumulus

(Z cyklu: Chmury)

Nasze załzawione oczy
osusza wiatr.
Stoimy na przeciwległych brzegach z rozwianymi włosami, które raz po raz
przesłaniają twarze.
Oddychająca powoli przestrzeń ma zapach soli,
a fale oceanu opadają z hukiem, atakując piaszczyste plaże białymi językami
piany.
Mozaika z chmur przepuszcza przez pękające spojenia niebo,
które olśniewa błękitem
nawet drżące w głębinach ryby.

Gdzieś tam, łączą się ze sobą ławice, znikając w coraz większym zamgleniu
i gęstniejącym mroku.
Gdzieś tam, gdzie bezkres nie ma swojej nazwy
i gdzie wszystko staje się nicością
i ciszą.
Gdzie wszystko rozpada się w narastającym kształcie
nocy.

Stratus

(Z cyklu: Chmury)

Niekończąca się szarawa biel. Rozsadza mój mózg
jednostajny szum.
I nie wiem, czy to za sprawą padającego deszczu,
czy toczącej nieustannie moje ciało
gorączki.

Cisza tak wielka,
że słychać jej wewnętrzny przepływ,
ale taki, jaki można dosłyszeć jedynie w mgłach zastygłych,
gdzieś pomiędzy jedną
a drugą mikroskopijną kroplą – rozprysłą
na twarzy.

Wilgotne liście ostrzą się na krawędziach,
mienią się widziane pod różnymi kątami
płaszczyzny.
Przechylam głowę, zadziwiony poblaskiem
szalejącego we mnie czasu,
w którym wciąż nacierają ni stąd, ni stamtąd, ciskane nie wiadomo, przez kogo
świetliste atomy.

Enigmatycznie

To się wciąż przemienia, wychodząc z niewidzialnych stref
w urzeczywistnienie.
I staje się smugą cienia – rzucaną przeze mnie
na drewniany parkiet pustego korytarza.

Tak bardzo oślepia mnie słońce, kiedy przemierzam epoki
i lata
przeszłego czasu.

Mijam otwarte okna ze szklanymi odbiciami źrenic
i rząd białych drzwi zatrzaśniętych na wieczność,
za którymi czai się ogromne milczenie przedmiotów
w półmroku i kurzu.

Trzeszczenie podłogi tuż obok, jakby od czyichś kroków –
czyich?

Przecież nie stąpam po niej wcale.
Unoszę się nie za wysoko i nie za nisko.
Płynę.

Upał

Coś się urzeczywistnia w ostrym zarysie cienia,
zasłaniając sobą swoją własną stronę.
I przechodzi wolno w chmurze owadów, wzdłuż wieloziela
i kwiatów pachnących słodko –
wyschniętą,
pokrytą pęknięciami ścieżką.

Przeciągły gwizd wilgi dobywa się tuz obok
i nigdzie.
Niecielesne stopy trącają trawę, a dłonie –
gałęzie dusznego ogrodu.
Coś się przesuwa, jakby w tajemnicy przed światem,
w brzęku pszczół, wśród liści nasturcji,
wśród skwaru.

W przybladłym błękicie słoneczniki chylą się ku ziemi,
przytłoczone ciężarem swoich pestek.
Tutaj i dalej skrzypią w drgającym powietrzu strzeliste topole
ze słońcem –
gorejącym w prześwitach.