Bikini

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Migot jaskrawych prześwitów na mojej spalonej twarzy.
Chwieją się w łagodnym wietrze
liście kokosu.
Wychodzę z cienistej smugi, wprost pod kobaltowy błękit rozgorzałego słońcem
nieba,
wtapiając się w rozkołysany, oceaniczny nurt.

Liżą moje złączone dłonie białe języki spienionych fal,
kiedy pochylam się nad nimi – jak do modlitwy.
I obmywają mnie w taki sposób,
abym uwierzył w to tajemne, oczyszczające
misterium,
które można odczuć wyłącznie w całkowitej samotni
na skraju świata.

I mimo tego, iż wiem, że to kłamstwo, to zanurzam się powoli w odmęt,
czując pod stopami aksamitny piasek i zawadzając o resztki
zakopanych w nim, zardzewiałych wraków.
I nabieram do płuc mikroskopijne, promieniotwórcze
ziarenka,
które od dziesiątków lat zmieniają ryby w niepodobne do samych siebie,
pełne blasku
– groteskowe formy.

***

Bikini – oceaniczny atol w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1946-1958 Stany Zjednoczone prowadziły na nim doświadczenia z bronią jądrową.

Moogologia

Z początku gładki. Później, w miarę trwania –
coraz bardziej rozwibrowany.
Pojedynczy dźwięk przeciąga się niemal w nieskończoność, drżący
i ostry.
Następują kolejne. Łączą się
i rozchodzą…

Pędzą wprost na siebie, ale nie zderzają się, tylko krzyżują.
Zataczają koła,
a potem – nacierają ciężką, organową nawałą,
tak jak naciera na piaszczysty brzeg
wzburzona fala.

Wciąż rozchodzi się echo, zagłuszając jedynie
chwilowy spokój.
I znowu nabierają rozpędu skomplikowane pasaże. W górę i w dół,
w górę i…

Zwalniają, wpadając w nostalgiczną barwę,
by w powolnym prologu pędu mógł się wznieść – niczym kosmiczny pocisk,
tylko jeden jedyny ton, ale za to jakże krystaliczny i lśniący – tym lśnieniem –
wschodzącej Wenus.

***

https://skrzek.bandcamp.com/track/spok-j

Malden

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Nie słyszę krzyku ptaków.
Zagłuszane przez powtarzający się w regularnych odstępach czasu huk nacierających fal, szybują bezgłośnie.
Gnana przez wiatr błękitna, poznaczona spienionymi kreskami
nawała –
spiętrza się na brzegu. Obmywa moje stopy
i dłonie.
I znowu się cofa, odsłaniając lśniące w słońcu muszle,
kamienie.

Wpatruję się przez palce w ten jaskrawy migot tuż przy mnie i w to drżące oddalenie.
Gdzieś tam – wszystko się ze sobą łączy,
wszystko jest nie do odróżnienia. I wszystko wydaje się być uśpione
snem wiekuistym.
W każdej porzuconej rzeczy zastygła tajemnica,
w każdym opuszczonym miejscu.
Nawet w powolnym przepływie obłoków zawarta jest jakaś niejasna forma przekazu,
w rozchwianych,
nielicznych kępach trawy…

Muskam palcami naznaczone nuklearnym żarem
resztki megalitycznych budowli.
Jeszcze do tej pory czuję na całym swoim ciele –
przeszywające ukłucia promieniowania, jakby mnie nakłuwano
miliardami igieł.
Jeszcze do tej pory czuję potworny strach
przed wschodzącym słońcem,
bojąc się, że wzejdzie tak, jak przed dziesięcioleciami, spopielając całą ziemię, wygotowując
ocean,
rozpalając niebo.

***

Malden – niewielka, bezludna wyspa w archipelagu Line Islands, na środkowym Pacyfiku, wchodząca obecnie w skład Republiki Kiribati. W latach 50-tych Wielka Brytania przeprowadzała na niej (oraz na sąsiedniej wyspie Kiritimati) testy z bronią termojądrową w ramach operacji Grapple. Na wyspie tej znajdują się również ruiny tajemniczych megalitycznych budowli sprzed około tysiąca lat.

Tło ze światłocieni

Gdzie ja jestem? –
gdzieś, gdzie nie ma czasu, gdzie bez-czas może przybrać jedyną formę
bez pamięci.
Gdzieś, gdzie głęboki, kobaltowy błękit
nieba
przecina drżący, jaskrawy poblask martwego słońca.

Coś się przesuwa w oddali, coś, co nie istnieje
albo istnieje,
tylko kłębi się w niewidzeniu.
Gdzie ja jestem? – przyszedłem ni stąd, ni stamtąd. Donikąd idę.
Nie pamiętam nic ze snu, nie pamiętam niczego z życia.
Gdzie ja jestem? –
jakbym dopiero przejrzał po latach, tak jak przegląda ślepiec.

Przybyłem za późno, ponieważ przede mną i za mną – nie ma konturów rzeczy.
Zostało tło
ze światłocieni.

Mururoa

(Cykl: Pacyfik – sen wiekuisty)

Spieniona nawała naciera na ląd. Błysk słońca prześlizguje się po wygładzonych kamieniach
i zsuwa się w odmęt zarys białego obłoku.
Wiatr na mojej twarzy, w rozwianych włosach,
intensywny zapach soli…
Nieskończone falowanie zatraca się gdzieś w kobaltowym błękicie nieba.
To wszystko – zamyka się we mnie,
tworząc jakąś nową rzeczywistość, jakieś nowe widzenie
w migocie
jaskrawych refleksów.

Za mną – krajobraz skurczył się i poszarzał. Jeszcze do tej pory można wyczuć ten ruch cząstek,
to wirowanie atomów, których blask tak bardzo oślepiał i palił,
wwiercał się do mózgu.
Do tej pory czuję ten ból, natrafiając niespodziewanie na dawny ślad
swojego dawnego – ja.

Mieszają się epoki, przeskakują daty. Gładzę palcami
kontury zdeformowanych przedmiotów,
popękane ściany betonowych bunkrów z rdzawymi, pionowymi smugami. Mozaikę
ciemno-brunatnych bąbli – utworzoną przed dziesięcioleciami
przez potworny żar
nuklearnego rozszczepienia.

Zakrywam instynktownie uszy, lecz nic –
to tylko narasta huk pędzących fal,
które załamują się na opuszczonym, nasiąkniętym radiacją nabrzeżu.
Wszystko umarło,
zapadło w sen wiekuisty. Stało się przystanią dla duchów
przemieszczających się w dziwnej substancji czasu. Więc i ja – nie mogę być żywy.
Od dawna –
nie jestem żywy.

***

Mururoa – atol koralowy, znajdujący się w archipelagu Taumotu, który wchodzi w skład Polinezji Francuskiej, na południowym Pacyfiku. W latach 1966-1996 Francja przeprowadzała na nim testy z bronią jądrową.

Canopus

Otwarta przestrzeń. Głębokie
niebo.
Przytłacza mnie ten kobaltowy błękit bez najmniejszej obłocznej skazy.
Huk oceanu
tak regularny, – że można odmierzać czas. Przypływy i odpływy –
ogromne wahadło.
Przypływy i odpływy – spieniona nawała,
co nanosi na piaszczysty brzeg okruchy podwodnego sanktuarium. Przypływy i odpływy – wiatr
o zapachu soli.

Światło słońca ostrzy się na krawędziach palmowych liści
tuż obok.
I niczym odnóża ameb wyrastają wciąż nowe refleksy
w niedalekim widzeniu laguny.
W dalekim –
wszystko jest zbyt rozedrgane. Wszystko następuje w zbyt krótkich odstępach czasu.
Wszystkiego –
zbyt wielka nietrwałość.

Spierzchnięte usta, jak u człowieka, którego trawi nieustanna gorączka.
Krople potu spływają po karku
i skroniach.
Gdzieś na horyzoncie trwa nieustanna batalia
o prymat.
Jaskrawe blaski acetylenu padają na zakryte spawalniczymi maskami twarze,
iskrząc się w czarnych,
nieprzeniknionych szybkach okularów. Coś wyrasta powoli ku niebu, jakby chciało –
dosięgnąć
odległej gwiazdy.

W rozkopanej ziemi ślady ciężkich,
gąsienicowych pojazdów –
ciągną się kilometrami, zataczają koła, jakby przepełzły tędy – przed milionem lat –
gigantyczne, pradawne jaszczury
czy węże.
Coraz bardziej konkretyzują się zarysy dziwnych konstrukcji
z betonu i stali.

Przypływy i odpływy –
wiatr o zapachu soli osusza spocone czoło. Przypływy i odpływy – wszystko zamarło,
tak jak wszystko zamiera przed zbliżającą się burzą.
Słychać tylko huk oceanu
tak regularny, – że można odmierzać czas. Przypływy i odpływy –
gigantyczne wahadło.
Przypływy i odpływy – spieniona nawała,
co nanosi na piaszczysty brzeg okruchy podwodnego sanktuarium. Przypływy i odpływy –
mijają sekundy…

…naraz –
wschodzi drugie słońce!
– O blasku tak wielkim, że wypala oczy. O blasku tak wielkim, że spala rozwiane jeszcze przed chwilą włosy.
O blasku tak wielkim, że zagotowują się momentalnie wody laguny!
I grzmot, który zagłusza wszystko,
aż świat się kołysze, pomimo swojego ciężaru. – Aż kołysze się cała ziemia!

W głębokim niebie – początkowy blask,
przewyższający miliardy razy jasność elektrycznego łuku –
powoli przygasa.
Choć jeszcze nie można spojrzeć.
Choć jeszcze wwierca się boleśnie do mózgu. Choć jeszcze wszystko wypala i miażdży pędząca we wszystkie strony ognista ściana!…

…złowroga chmura powoli się rozprasza,
pomrukując jeszcze groźnie.
Ginie…
– wraz z nią –
wszystko inne.

***

Canopus – nazwa kodowa pierwszej francuskiej próby termonuklearnej, która miała miejsce 24 sierpnia 1968 roku na atolu koralowym Fangataufa, znajdującym się w archipelagu Taumotu, wchodzącym w skład Polinezji Francuskiej, w południowej części Pacyfiku.

Dwa bukieciki niebieskich fiołków

Idzie pod wieczór, przytłoczony ciężarem śmiertelnej choroby.
Chce się jeszcze napatrzeć na bezchmurne niebo,
na kołyszące się lekko topole.

Idzie do kobiety – wprost ze szpitalnego łóżka,
niemalże spod kobaltowej lampy.
Wszystko mu się plącze: „Czy ją jeszcze zastanę? Co jej mógłbym podarować?”.
– nic nie ma – poza dwoma bukiecikami niebieskich fiołków, kupionych na rogu
u starej kwiaciarki.

Tylko pół roku,
rok.
– nie więcej.

Tyle przebytych dróg i bezdroży,
syberyjskich łagrów…

Wyrwany ze szponów
straszliwej śmierci.
Ze stłumionym na chwilę bólem. Śmiertelnie blady.

Tylko pół roku,
rok.
– nie więcej…

Albo – do końca tego lata.

***

Inspirowane powieścią pt. „Oddział chorych na raka”, Aleksandra Sołżenicyna

Pusty, oświetlony słońcem pokój

badam strukturę ściany starając się wymacać każdy jej szczegół
analizując amplitudę drgań
– jak niewidomy
który uderza delikatnie palcami w najcieńszą membranę
zanurzam rozwartą dłoń w odbitej od szyby – jaskrawej plamie
słońca
drży i migocze świetlisty prostokąt
na środku drewnianej podłogi

w otwartym oknie falują firanki
i ziemia oddycha
wnosząc do środka rozgrzaną woń skoszonej trawy

(od samego początku
występowała we mnie potrzeba rozpoznawania przez dotyk)

nie widzę za wiele –
jedynie ptaki
co odlatują w strzępy krajobrazu
bezgłośnie

zostałem sam

Bliżej niż grubość skrawka papieru, źdźbła trawy

dotykasz ustami moich ust – z taką lekkością i wyczuciem piękna
świat pachnie konwaliami
i słodkawą wonią twoich rozwianych włosów

szepczesz – odpowiadam cicho z uśmiechem
jesteśmy blisko
bliżej niż grubość skrawka papieru
źdźbła trawy

gdzieś tam – wieczorna flotylla obłoków
i milczące ptaki
nad płaszczyznami łąk

ufamy lirycznej materii co nie ma jeszcze w sobie smutku
ani melancholii
w której nieśmiertelne padają słowa

Nadieżda

I

Przemieszczam się, płynę. Przemierzam powoli ogromne przestrzenie. Gdzie okiem sięgnąć, dostrzegam tylko falujące łany złotych zbóż. Zniżam lot i rozsuwam dłońmi, niczym pływak, skrzące się w jaskrawym słońcu ostre kłosy. Zawadzam o te wyrastające z ziemi ziarna przyszłego chleba, czując ich łaskotanie na całym ciele i czując na skroniach powiew letniego wiatru. Jestem zawieszony pomiędzy istnieniem a niebytem, gdzieś pomiędzy jawą a marzeniem sennym. Dotykam te wyimaginowane przedmioty i rzeczy albo je sobie tylko wyobrażam, wcale ich nie dotykając.

Jest jakaś drżąca tajemnica wśród pełgających refleksów szemrzącego strumienia. Wszystko jest zawieszone, jakby w jakiejś gęstej substancji i wszystko porusza się w zwolnionym tempie. Pojedyncze obłoki przesłaniają czasami ogromną tarczę słońca, tworząc pod sobą majestatyczny, cienisty przepływ. Nie słyszę za wiele i słyszę wszystko, co jest zawarte w szepcie przelatujących owadów i co jest zawarte w plusku chłodnej wody tuż przy nadbrzeżnej trawie, kiedy zanurzam w niej swoje stopy, dłonie i całe ciało…

Stoję na wilgotnej od rosy łące. Mgielne obłoki na jej skraju, niczym duchy, suną gdzieś bez celu, donikąd, przybierając rozmaite formy. Czuję, że ogarnia mnie chłód. Dreszcz przechodzi po plecach. – Skąd ta nagła zmiana obrazu? Czyżbym przekroczył niebacznie ową niewidzialną barierę rozdzielającą poszczególne wszechświaty? Jest mi ciężko, zimno i samotnie. Lecz oto słyszę, że ktoś mnie woła z oddali. Słyszę cichy kobiecy płacz. – A więc jest jeszcze ktoś poza mną!

Ruszam przed siebie, zagłębiając się prawie po kolana w błocie. Wyszarpuję się z cichymi mlaśnięciami. Brnę przed siebie, nie wiedząc, co zobaczę i kogo. Ale mimo to brnę dalej, czując kompletną beznadziejność i niemoc. – Co jest dalej? Co takiego ujrzę niebawem? A jeśli jest to tylko ułuda i dalej nie ma już niczego? A jeśli nie ma już nic?

II

Budzik dzwoni od dobrych kilku minut. Lecz dopiero teraz uświadamiam sobie, skąd się bierze ten natarczywy dźwięk, który wdziera się do moich uszu. Jeszcze z zamkniętymi oczami, jak ślepiec, macam dłonią, aby go namierzyć na blacie nocnego stolika. Znajduję. Naciskam nieśpiesznie wystający guzik. Zapada cisza. Natomiast powieki nie dają się wcale tak łatwo otworzyć. Wąska szczelina białego światła wsącza się do mojego mózgu, rozszerzając się stopniowo. Jeszcze chwila. Jeszcze tylko chwila…

Niewyraźne, rozmazane kształty przedmiotów, jakby widziane spoza mgły, wyostrzają się i konkretyzują. Za oknem przesuwają się powoli jesienne chmury i słychać tylko ciche uderzenia drobnego deszczu o blaszany parapet. Boli mnie z tyłu głowa. Nie mam siły na nic. Leżę jeszcze przez chwilę…przez chwilę…

Odgarniam kołdrę. Siadam na krawędzi łóżka. Ból z tyłu głowy staje się nie do zniesienia. Rozglądam się za aspiryną. Dostrzegam ją na stoliku, obok nocnej lampki. Połknięte dwie tabletki popijam kilkoma łykami wody mineralnej z opróżnionej do połowy butelki, którą znajduję na podłodze pomiędzy łóżkiem a stolikiem. W powietrzu czuć wyraźnie nieprzyjemną woń alkoholu i wymiocin. Łapię się za potylicę, opierając się łokciami o kolana. Czekam na jakąkolwiek ulgę, zgięty w pół jak znak zapytania. Myślę o tym powracającym wciąż śnie. O tym wołaniu z oddali i tym cichym kobiecym płaczu. Czyżby ktoś chciał mi coś przekazać? – Czego ode mnie chcesz zjawo? Co chcesz mi takiego ważnego przekazać? Nie rozumiem. Nic nie rozumiem…i niech tylko przestanie boleć…niech przestanie…

Podnoszę się z wysiłkiem i omal nie lecę na twarz. Utrzymuję ostatecznie równowagę, mimo że nogi mam jak z waty. Stoję przez moment przy nocnym stoliku, opierając się jedną ręką o jego blat. Odpycham się delikatnie i podchodzę do okna wsparłszy się łokciami o parapet. Chwiejące się w chłodzie jesieni topole nie mają już prawie liści. Za to te, które jeszcze nie opadły mają żółto-rdzawy kolor. I trzęsą się przy tym, i drgają, i machają mi jakby na pożegnanie. Opieram się czołem o szybę i czekam aż ból ustąpi całkowicie. Przymykam szczypiące, załzawione oczy.

Wytrąca mnie z letargu szum przejeżdżającego po mokrym asfalcie samochodu. Jakiś starszy człowiek z małym pieskiem idzie wolno poboczem drogi. Poza tym nikogo i nic, tylko chłód, deszcz i szarość pochmurnego poranka. Krakanie kilku wron, które przysiadły na pobliskim drzewie, roznosi się echem. Poruszają się niespokojnie. Zrywają się nagle i odlatują. Absolutna cisza sprawia, że słyszę teraz wyraźnie szum w moich uszach, pomieszany z cichym piskiem, jak u człowieka, którego toczy bezustanna gorączka.

Ból ustaje na, tyle, że odwracam się i spoglądam na blat stołu, na którym leży pożółkła, podniszczona koperta. Nie mam odwagi jej otworzyć. To wszystko jest takie nierealne i sam już nie wiem czy aby na pewno obudziłem się do końca, czy to nie jest dalszy ciąg rozgorączkowanego, męczącego snu. Gładzę ją delikatnie palcami, następnie biorę w dłoń i uważnie oglądam w szarym świetle dnia. Obmacuję, wącham. Wchłaniam każdy atom jej jestestwa. Jest zaadresowana do mnie, ale nie ma na niej nadawcy. Jedynie znaczek pocztowy zdradza miejsce pochodzenia. Na tle dalekiego wzgórza, drzew i fragmentu jakiejś zatoki o niezmąconej niczym tafli wody, stoi podparty pod lewy bok kilkunastoletni pionier. Ma na sobie białą czapkę, białą koszulę i krótkie, granatowe spodnie do kolan. Pod szyją ma uwiązaną czerwoną chustę, a prawą dłonią, która jest lekko zgięta w łokciu, podtrzymuje przytkniętą do ust uniesionej wysoko twarzy lśniącą w słońcu złotą trąbkę z przyczepionym doń czerwonym proporcem z frędzlami. W prawym górnym rogu napisano po rosyjsku: „Poczta CCCP 1954”. W prawym dolnym: „10 kop”. W tym samym rogu widać również fragment czarnego stempla pocztowego, jednak zbyt nikłego i zatartego, aby można go było rozszyfrować. Przechodzi mi po plecach dreszcz. Wygląda na to, że ten list przybył niespodziewanie z głębin czasu. Pchnięty jakąś niewytłumaczalną siłą, przedarł się przez dziesięciolecia epok, aż do teraz. Do mnie? Czy może raczej do mojego kolejnego wcielenia – od kogoś już dawno umarłego? Drżącymi palcami wyciągam złożony na czworo list. Rozkładam powoli ten podziurawiony i poplamiony w niektórych miejscach, zapisany cyrylicą delikatny papier. Zaczynam czytać, mimo pozacieranych niektórych liter:

„Najdroż.zy!

Upłynęło już tyle l..t, odkąd widziałam cię po raz osta..ni. Pamiętasz jak przechadzaliśmy się wzdłuż Newy, w której srebrzyła się owa biała noc? Opowiadałeś mi z uśmiechem przeróżne zabawne historie. By..am szczęśliwa, czując w so..ie takie ciepło, pomi..o przej..ującego zimna. Nie sądziłam, że spotka mnie w życiu jeszcze coś tak cudow..ego. Była to dla mnie sytuacja nowa i zarazem trudna. I może właśnie, dlatego doceniałam wartość tego uczucia. Sprawiłeś, że wiedziałam, czego potrzebuję i pragnę. Bez ciebie nie istniałam, nie żyłam. Przy tobie odnalazłam prawdziwy sens istnienia. To jest nie do uwierzenia, ale nie zauważyliśmy nawet, kiedy przeszliśmy cały Prospekt Newski, który ma przecież kilka kilometrów. Nie dostrzegaliśmy wtedy pełni księżyca, ani nie czuliśmy chłodnego powiewu bryzy. Wydawało się, że wszystko wokół całkowicie zamarło. Wszystko wokół stało się milczeniem. Zmęczeni usiedliśmy w końcu na ławce nad kanałem Gribojedowa, obok mostu Bankowego. Położyłeś mi wtedy głowę na kolanach, a ja, nachyliłam się nad tobą, okrywając twoją twarz swoimi długimi włosami. Zapomnieliśmy o całym świecie, porwani falą uniesienia, szczęścia i pożądania. Topiłeś w moich oczach rozgorzałe spojrzenie. To wtedy, spoglądając w górę, sięgnąłeś poza siebie. Ogarnąłeś moją kibić splótłszy ręce na moich plecach. Rodziły się na naszych ustach słowa namiętne i wymowne. Zawarliśmy wtedy na tej ławce cały nasz świat. Minęło już tyle lat, Włodku. Mimo że straciłam już niemal całą nadzieję, że cię jeszcze kiedyś zobaczę, to wciąż na ciebie czekam…pamiętaj o tym…

Twoja na zawsze, Nadieżda
Leningrad, 18 września, 1954 roku”

Robi mi się słabo, a ból w potylicy znowu zaczyna narastać, ale nie mogę przerwać procesu, nie mogę…

Idę chwiejnym krokiem do łazienki. Rozbieram się i wchodzę pod prysznic. Namydlam się. Spłukuję resztki piany. Opieram się jedną ręką o kafelki i opuszczam głowę. Znowu dopada mnie fala potwornego bólu, jakby mnie ktoś ściskał rozpalonymi do czerwoności obcęgami. Znowu walczę, przygryzając wargi i wydając z siebie stłumiony jęk bezsilności.

Powoli, bardzo powoli wszystko ustępuje. Odzyskuję świadomość i znowu czuję tylko strumienie ciepłej wody na swoim ciele.

Staję przed lustrem i spoglądam na starego, zarośniętego człowieka, którego tylko na chwilę opuściły straszliwe męki. Opierając się o brzegi umywalki, widzę z bliska pooraną bolesnymi bruzdami twarz. Odkręcam kurek z zimną wodą. Nabieram ją w dłonie, ochlapując się dla otrzeźwienia. Spoglądam ponownie w lustro i widzę jak krople wody skapują z brody i wąsów.

Biorę nożyczki i zaczynam obcinać zarost. Przycinam go tuż przy samej skórze. Kończę. Nabieram powoli piankę do golenia z małej aluminiowej miseczki. Nakładam ją okrężnymi ruchami na uprzednio zmoczoną twarz pędzlem z końskiego włosia. Biorę żyletkę i wkładam ją do maszynki, dokręcając uchwyt. Przyciskam ją i pociągam w dół, pozostawiając w białej piance paski odkrytej skóry. Robię to tak długo, aż twarz staje się gładka w dotyku. Wycieram ją papierowym ręcznikiem i dezynfekuję wodą kolońską. Czuję jak szczypie. W powietrzu unosi się zapach świeżości i łagodnego zapachu.

W przedpokoju pastuję do połysku czarne półbuty. Zapinam ostatnie guziki białej koszuli. Spinam mankiety. Wiążę krawat. Zakładam ciemnoszarą marynarkę. Czeszę swoje nieco przerzedzone włosy, robiąc w nich przedziałek.

Jeszcze raz czytam zapisany, jakby drżącą dłonią kawałek papieru. Ponownie wczytuję się w każde zdanie, słowo… Składam go z powrotem na czworo i wsuwam do koperty. Patrzę na nią, na ten postarzały przedmiot, na ten artefakt. – Tak, jestem już gotowy. – szepczę do samego siebie, wkładając list do wewnętrznej kieszeni marynarki.

Zakładam płaszcz i podchodzę do drzwi, odsuwając zasuwę. Otwieram je z cichym skrzypieniem zawiasów. Owiewa moją twarz chłód klatki schodowej. Stojąc na progu, odwracam się jeszcze na chwilę, po czym zamykam na zawsze to miejsce na klucz. Na zawsze…

Schodzę z piętra stopień po stopniu. Wychodzę na wewnątrz. Na podwórku dolatuje do moich uszu trzepot skrzydeł i ciche gruchanie gołębi. Zlatują z blaszanych parapetów. Przysiadają na trzepaku, na drewnianej w kącie ławce. Spoglądam w górę i widzę fragment szarego nieba otoczonego ścianami kamienicy. Czuję się tak, jakbym był w studni. Bo to jest przecież studnia.

Otwarta na oścież brama. Kwadraty chodnikowych płyt. Osacza mnie gwałtowny szum i pogwar. Zapach spalin przejeżdżających samochodów i motocykli. Mija mnie ze zgrzytem zatłoczony tramwaj. Ludzie zmierzają w różne strony. Jedni wolno, drudzy szybko, jeszcze inni biegną. Jeszcze inni stoją, oglądając witryny sklepów. Jeszcze inni stoją, czekając na kogoś. Jeszcze inni…

Skręcam w lewo i kieruję się przed siebie. Stawiam kołnierz płaszcza. Ręce wkładam do kieszeni. Mam jeszcze trochę czasu. Czuję się jak ktoś, kto skończył już swoją zmianę, a jeszcze jest przez chwilę. Jak ktoś, kogo już nikt nie zatrzymuje, kogo już nikt o nic nie pyta.

W kałuży, tuż pod moimi stopami, dostrzegam niespodziewanie odbity obraz wąskiej szczeliny błękitnego nieba. Jest takie piękne, takie głębokie. Promień słońca przedziera się przez nawałę skłębionych obłoków, dotyka krawędzi – i nagle – olśniewa wszystko. – Chyba już czas. Staję przy krawężniku i patrzę na przejeżdżające samochody. Wypełniona piaskiem ciężarówka jedzie wystarczająco szybko. Jest coraz bliżej. Jest tuż! – Wyskakuję momentalnie przed jej maskę, rozkładając szeroko ramiona i zamykając oczy. Pisk hamulców. Gwałtowne uderzenie. Ból przypominający porażenie prądem i krótkie jaskrawe światło płynące gdzieś z głębi mózgu. Więcej już nic…

III

Otwieram oczy jak po przebudzeniu. Znajduję się w wysokim na jakieś cztery i szerokim na mniej więcej trzy metry korytarzu. Nie widzę jego końca. Ma białe półkoliste sklepienie z wiszącymi w regularnych odstępach białymi kulami. Lśni beżowa lamperia na ścianach. Po lewej ręce niekończący się ciąg zwieńczonych półkoliście, tak jak sklepienie, okien. Niektóre są otwarte. Za nimi widać gęstą zieleń drzew, z której dobiega świergot ukrytych w niej ptaków. Promienie słońca tworzą na drewnianym parkiecie ukośne, świetliste prostokąty.

Idę powoli przed siebie. Słyszę czasami ciche skrzypienie ułożonej w jodełkę klepki. –Czyżby to było skrzypienie od moich kroków, nie-moich? Idę powoli. Poza szelestem drzew i śpiewem ptaków, nie słychać więcej nic. Wydaje się, że w powietrzu unosi się nikły zapach woskowej pasty i ciepła woń lata. Po prawej stronie ciągną się donikąd białe drzwi. Pierwsze z nich mają numer 2017, następne 2016. Przystaję, co kilka metrów przed progiem i nasłuchuję, lecz nic, tylko dobiegający od okien szelest drzew, śpiew ptaków i ciche skrzypienie podłogi. – Dokąd to wszystko prowadzi? Dlaczego jestem sam? Dlaczego?

Podchodzę do najbliższego, otwartego okna i wychylam się na zewnątrz. Lecz widzę tylko rząd drzew, a pomiędzy nimi ciągnącą się po sam skraj rozkwieconą łąkę. Błękitne niebo i słońce, śpiew ptaków i szelest traw. Ciche skrzypienie podłogi, mój oddech i przyśpieszone bicie mojego serca…

Kolejne numery na drzwiach są jedynym tutaj świadectwem jakiegoś celu. Kolejne numery: 2015, 2014, 2013, 2012… Mam dziwne wrażenie, jakbym się znajdował w jakimś tunelu czasoprzestrzennym, jakbym się cofał nieuchronnie w czasie. Czuję coraz większe ciepło i zniecierpliwienie… 2011, 2010, 2009, 2008, 2007, 2006, 2005, 2004, 2003, 2002, 2001, 2000…

To miejsce jest kwintesencją samotności i przeznaczone tylko dla mnie. To miejsce wiecznej oazy ciszy i spokoju. To miejsce, cudowne z jednej strony, przeraża jednak swoim bezkresem i brakiem czasu. Przeraża również tym, że nie ma tutaj absolutnie nikogo poza mną. Tutaj nie chodzą żadne zegary, bo i po co? Po co odmierzać bez-czas? Nie czuję przyciągania ziemi i jednocześnie czuję wszelkie oddziaływania, które są, których nie ma.

Dziwne to uczucie, gdzie wszystko jest i nie ma zarazem niczego. Czuję się, jakbym istniał i nie istniał, jakbym był w bezkresnej pustce, pełnej jednak rozmaitych przedmiotów, ale takich, jakie się widzi jedynie w śnie przepełnionym złotawym zamgleniem, jakie można dostrzec jedynie pomiędzy warstwami epok.

Przemieszczam się, taki bezczasowy, nieistniejący, a jednak istniejący, tylko w jakiejś zupełnie innej formie. Przemieszczam się i mijam kolejne numery na białych drzwiach. – A może mijam poszczególne lata? Niektóre są pozacierane, niektóre lśnią jasnym blaskiem: 1999, 1998, 1997, 1996, 1995, 1994, 1993, 1992, 1991, 1990…

Jestem cielesny i jednocześnie nie mam ciała. Jestem czymś pomiędzy cieniem a drgającym refleksem na powierzchni wody. Wszystko jest takie niepojęte i trudne, i zarazem doskonale zrozumiałe i proste. – Gdzie ja jestem? Tak, widzę: 1989, 1988, 1987, 1986, 1985, 1984, 1983, 1982, 1981, 1980…

Mijam całe dekady. – Jak to możliwe? Kto nadał mi aż taki pęd? Czy zdołam wyhamować przed samym początkiem, czy może pochłonie mnie nicość? Co się przede mną ukrywa, czy może raczej, kto? Dostrzegam wiele i widzę: 1979, 1978, 1977, 1976, 1975, 1974… Dziwne to uczucie, kiedy mija się czas swoich narodzin… 1973, 1972, 1971, 1970… Zatapiam się coraz bardziej. Czuję jednak, że niebawem się coś wydarzy. Czuję coraz bardziej, a raczej coraz bardziej dostrzegam mikroskopijne przebłyski w otaczającej mnie przestrzeni: 1969, 1968, 1967, 1966, 1965, 1964, 1963, 1962, 1961, 1960… – Jestem coraz bliżej. Jestem coraz bliżej ciebie, Nadieżdo! Niebawem cię ujrzę. W jakiś niewytłumaczalny sposób ściągasz mnie ku sobie. W jakiś niewytłumaczalny sposób odnalazłaś mnie, wysyłając w przyszłość ów list. Odnalazłaś mnie, mimo że jestem w innym wcieleniu. Jak to możliwe? Jak?

Wyraźnie zbliżam się do celu. Czuję to całym sobą. Czuję to jak ktoś, kto widzi z okna pociągu mijające, poszczególne stacje: 1959, 1958, 1957, 1956, 1955… Widzę już pierwsze kontury. Pierwsze zarysy. Czuję lekki powiew chłodnego wiatru na twarzy. Drzwi oznaczone numerem 1954 – są uchylone. Podchodzę do nich wolno i niepewnie, bojąc się czegoś nieokreślonego, nieznanego. Staję u ich progu, zastanawiam się przez chwilę i… otwieram je do końca…

Oślepia mnie jaskrawy promień. Zasłaniam dłonią oczy. Jeszcze moment i spoglądam niepewnie pod nogi. Widzę, że stoję na jakimś pokrytym kostką brukową placu. Odejmuję dłoń od oczu i rozglądam się wkoło. Przede mną wyrasta zielony, pokryty złoconymi literami Narewki Łuk Tryumfalny. Nie ma wątpliwości, jestem w Leningradzie, w 1954 roku! Chwieję się przez chwilę jak pijany, jak ktoś po długiej podróży. – Znalazłem się w miejscu i czasie, w którym wysłałaś do mnie list, Nadieżdo! Ale jak ciebie teraz znajdę? Gdzie mam ciebie szukać? Powiedz, gdzie?

IV

Ruszam wolno przed siebie. Czuję teraz wszystko wyraźnie. – A może to tylko jakaś ułuda? Może wcale mnie tu nie ma? Idę jednak dalej przed siebie, mijając rząd kamiennych donic z fioletowymi, drobnymi kwiatkami. Kątem oka dostrzegam jakąś młodą kobietę, przyśpieszam kroku! – Nie, to nie Nadieżda.

Mimo września, słońce grzeje w moje plecy. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Wąską, wybrukowaną kocimi łbami ulicą przejeżdża wolno polewaczka. Unosi się za nią chmura lśniących w słońcu drobniutkich kropelek wody, które tworzą coś na kształt tęczy. Skręcam w lewo, w szeroką, wyasfaltowaną arterię, pełną śpieszących się gdzieś tramwajów i trolejbusów. Na dużym placu z fontannami biegają małe i rozkrzyczane dzieci. Ze środka tej wesołej gromadki wybija się ciepły i rozedrgany lekko głos: – „Jeniusza, Jeniusza! Chodź do mnie, chodź do babci!”. Spoglądam w tę stronę i widzę siwą kobietę w rozpiętym, szarym płaszczyku, jak bierze kilkuletniego chłopca na ręce.

Idąc Prospektem Newskim, główną ulicą Leningradu, znowu pogrążam się w dręczących mnie, nieustannych myślach…

Z zadumy wyrywa mnie dopiero intensywny zgrzyt przejeżdżającego i dzwoniącego tuż obok tramwaju. Dopiero teraz dostrzegam ciągnące się niemal w nieskończoność XVIII i XIX wieczne kamienice, drzewa rzucające na chodnik rozchwiane cienie, czy prześwitujący w oddali rozedrgany blask złotych kopuł Soboru Isakijewskiego. Idę przed siebie, skulony cały w sobie. Idę wciąż przed siebie…

Dochodzę do Mostu Bankowego, a raczej kładki dla pieszych nad kanałem Gribojedowa. Tutaj jest dużo spokojniej. Rozłożyste drzewa tworzą coś na kształt cienistego baldachimu z drgającymi tu i ówdzie słonecznymi prześwitami. Obok mnie, terkocząc na nierównościach chodnika, przejeżdża na trójkołowym rowerku mała dziewczynka. Tuż za nią idzie szybkim krokiem młoda kobieta. Dogania ją i chwyta za umocowany z tyłu rowerka kijek. Dziewczynka śmieje się piskliwie, kiedy znowu udaje się jej oddalić na kilka metrów od matki. Wchodzę na kładkę i opieram się o jej barierkę. Pode mną połyskuje gdzieniegdzie ciemny, szemrzący cicho nurt. Odganiam dłonią pszczołę, która przelatuje z cichym brzęczeniem tuż obok mojej twarzy. Coś pluszcze, lecz nic. Srebrzysta ryba wypływa i zapada się z powrotem w głębiny. Unosi się w powietrzu mdławy zapach jakichś kwiatów, czy krzewów. Na tle jaskrawej plamy dostrzegam kątem oka przesuwający się wolno cień. Podnoszę głowę i widzę ubraną na czarno kobietę. Ma na sobie czarną, długą do samej ziemi sukienkę, a na głowie tak samo czarną chustkę. Zatrzymuje się i spogląda na mnie, po czym odwraca się i odchodzi. Znika za rogiem, skręcając w małą, boczną uliczkę. – To ona! To Nadieżda! To na pewno musi być ona! Schodzę szybko z kładki. Dobiegam do rogu, lecz poza idącą wolno i trzymającą się pod ręce parą starszych ludzi, nie ma nikogo! – Gdzież się ona podziała? – Gdzie?

Idę nie wiadomo jak długo. Idę przed siebie. Idę bez celu, bez nadziei. Zaczyna się powoli chmurzyć. Wszystko robi się momentalnie szare. Dopiero teraz widzę, że jestem na bezdrożach, poza miastem. Przede mną rozciągają się rozległe pola, a w oddali rosną pojedyncze topole. – Gdzież mam iść? Gdzież mam cię szukać? Chmury kłębią się nade mną. Zapinam płaszcz i podnoszę kołnierz. Ogarnia mnie chłód, a gardło ściska niewysłowiony żal, ból i niemoc. Czuję, że od wiatru łzy napływają mi do oczu. – Tyle przebytej drogi – i na nic. – Tyle przebytych epok…

I oto, niespodziewanie – ponownie dostrzegam w oddali znajomą mi czarną postać. Idę w jej kierunku powoli, niepewnie, nie dowierzając swoim własnym oczom. Lecz nagle, tknięty jakimś impulsem, przyśpieszam, biegnę, co tchu! Czuję, że serce bije mi coraz mocniej. Jeszcze dziesięć metrów, jeszcze pięć…

– Nadieżdo, jestem. – mój głos się załamuje od szybkiego oddechu. – Przybyłem do ciebie z bardzo daleka. Dla ciebie straciłem życie. Wiele razy czytałem twój list. – Rozpinam płaszcz i wyjmuję go z kieszeni marynarki. O dziwo koperta nie jest wcale pożółkłym ze starości kawałkiem papieru! Patrzę na to zaskoczony. Podchodzę do niej jeszcze bliżej. Pokazuję list. Jej mocno przekrwione oczy wskazują na to, że płakała. Patrzę na jej wynędzniałą twarz, jakby toczyła ją jakaś śmiertelna choroba. – Nadieżdo, jestem. – szepczę niemal bezgłośnie. – Nadieżdo, spójrz, mam twój list. – lecz nic, patrzy się na mnie jak na kogoś z innego czasu, z innej epoki. Wie, że to nie jestem ja. – Nadieżdo,… – nie kończę, ponieważ usycha mi w gardle i nie potrafię wydobyć z siebie ani jednego słowa.
Nadieżda wpatruje się prosto w moje oczy. Nagle odwraca głowę w bok, spoglądając tym razem na coś na skraju horyzontu.
– Przepraszam cię, Włodku.
Jej cichy i lekko ochrypły głos sprawia, że spoglądam na nią tak, jakbym zobaczył ją pierwszy raz. Gdzieś w kłębiących się nad nami chmurach narasta basowy odgłos zbliżającego się samolotu.
– Przepraszam cię, że straciłeś przeze mnie życie, że przebyłeś do mnie taką długą drogę, wybacz mi.
Jej głos staje się jeszcze słabszy, natomiast basowy, dudniący odgłos samolotu przewala się nad nami kulminacją i powoli cichnie, oddalając się w nieznane.
– Żegnaj na zawsze. – dodaje ledwie słyszalnie.
Nogi miękną mi w kolanach. Robi mi się słabo. Nadieżda zbliża się do mnie i całuje delikatnie w usta swoimi spierzchniętymi jak w gorączce wargami.
– Muszę już iść. – dodaje cicho. – Muszę wracać z powrotem na północ, tam gdzie jest mój dom. – Jest on na skraju poligonu atomowego, sto kilometrów stąd.
– Nadieżdo, proszę, zostań ze mną, proszę! Nie musisz tam wracać! – czuję nagłe ukłucie w sercu.
– Nie mogę, Włodku. Jesteś z innego czasu. Muszę wrócić do swojego domu, aby zginąć. – Wkrótce wybuchnie bomba. – Chciałam tylko zobaczyć przyszłe wcielenie kogoś, kogo bardzo dawno temu kochałam nad życie, ale ty nim nie jesteś. – Przebacz mi, proszę.
Widzę jak opuszcza głowę i powstrzymuje ostatkiem sił gwałtowny płacz. Zaciska mocno usta. Odwraca się i odchodzi piaszczystą ścieżką przez przymglone, nasiąknięte wilgocią pola. Oddala się powoli ode mnie, przygarbiona, kulejąc na prawą nogę i coraz bardziej malejąc… – a ja, wpatruję się w tą pozostawianą przez nią pustkę. W kołyszące się lekko pojedyncze topole na skraju.

Nasila się chłód. Nie wiem ile już tu jestem, w tym poszarzałym nagle krajobrazie. Słyszę jedynie świszczący wiatr. Czuję, że znowu robią mi się od niego wilgotne oczy. Nikogo i nic. Już – tylko nic.

Wracam tymi samymi bezdrożami. Tymi samymi ulicami. Jestem bardzo zmęczony i taki bezsilny. Siadam na ławce, nad brzegiem Newy i spoglądam na płynące wolno fale. Krzyczą nad nimi mewy, czy rybitwy, zniżając, co chwila swój lot. Jestem tak bardzo, bardzo zmęczony. Osuwam się na ławce… Zasypiam.

Gdzieś na skraju szarego i pochmurnego horyzontu rozbłyska nagle niezwykle jaskrawa światłość, przybierając powoli kształt ogromnego, kotłującego się grzyba. Wokół atomowej chmury tworzą się białe pierścienie rozgrzanego powietrza. Pierścienie, które palą wszystko na swojej drodze. I nagle dopada mnie potworna fala uderzeniowa. Rozrywa moje ubranie, rozrywa ciało. Zaczynam krzyczeć, zaczynam potwornie krzyczeć, kiedy ściana ognia pali włosy, wypala oczy…

Naraz widzę nad sobą pochylonego milicjanta. Szarpie mnie za rękaw i coś do mnie mówi. Nic nie rozumiem. Jeszcze się wszystko kotłuje w moim umyśle. Jeszcze moment… Jeszcze… Już słyszę wyraźnie jego lekko zaniepokojony głos.
– Obywatelu, czyżbyście się aż tak bardzo spili? – Tu nie można, idźcie do domu. – Macie dom?
Mruczę jedynie coś do niego nieskładnie, jakby mnie zatkało.
– Jak nie macie gdzie się podziać, to idźcie do przytułku, który jest tutaj, niedaleko, na ulicy ***kiej, tylko się pośpieszcie obywatelu, bo będzie zaraz padać. – i wskazuje palcem szare, burzowe niebo na północy – po czym odchodzi.
Podnoszę się z wielkim trudem i idę w kierunku… – właściwie, nie wiadomo, gdzie. Idąc, czuję na twarzy pierwsze krople deszczu. Zygzak błyskawicy przecina na mgnienie horyzont… po chwili – przytłumiony, odległy grzmot tego krótkiego spięcia – dociera do mnie w jakiejś szczątkowej formie, mając swoje epicentrum gdzieś na północy, nad samotnym domem.